O swoich dramatycznych doświadczeniach ze stalkerem, Kozyra opowiedział w programie "Dzień Dobry TVN"

Reklama

Dwa lata temu w trakcie nagrywania "Mam talent" zadzwonił do mnie nieznany mężczyzna, zapytał czy rozmawia z Robertem Kozyrą, odpowiedziałem, że tak, wtedy powiedział, że mam "od..." się od Julki, mam ją zostawić w spokoju, bo jeśli nie to, jak wulgarnie określił, uszkodzi moje ciało. Wtedy ja powiedziałem, że nie znam żadnej Julki, te telefony powracały. Najpierw pomyślałem sobie, że być może jest to jakaś uczestniczka Mam Talent, która nie przeszła eliminacji. Poprosiłem produkcję, by sprawdziła, czy wśród kilku tysięcy osób była jakaś Julka, okazało się, że nie było żadnej Julki.

Juror "Mam talent" szybko przekonał się, że ma do czynienia z osobą chorą psychicznie:

Następne telefony pokazały mi, że sprawa jest daleka od żadnej logiki i jest mało normalna, dlatego że ten człowiek zaczął narzucać mi, że zorganizowałem gwałt zbiorowy na Julce, że razem z nieznanym mi Borysem przywiązałem ją do kaloryfera, wielokrotnie ją gwałciłem, że ona zaszła w ciążę. Wysyłał SMS-y, dzwonił, robił to bardzo wulgarnie, robił to bardzo agresywnie - dodaje. Później oskarżył mnie, że ta kobieta nie może usunąć tej ciąży, że jest w stanie krytycznym, że ma sepsę. Powiedziałem mu, że jeżeli będzie mnie w dalszym ciągu nękał, to zgłoszę sprawę na policję, a wtedy on powiedział, żebym tego nie robił, bo nawet FBI mi nie pomoże.

Horror Roberta Kozyry skończył się miesiąc temu, kiedy jego prześladowca został skazany na 8 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu. Okazało się, że stalker był zamożnym biznesmenem z Gdyni. Celebryta przyznał, że skazanie mężczyzny nie sprawiło, że poczuł się bezpiecznie.