Kuba rzadko udziela wywiadów, raz na jakiś czas jednak robi wyjątek i dzieli się z mediami własnymi spostrzeżeniami na temat otaczającej go rzeczywistości. W ostatniej rozmowie z Natalią Chmielnik i Martą Sikorską z gazeta.pl, nie szczędził słów krytyki ludziom, którzy na jego plecach budują swoją popularność:

Jest nawet kilku notorycznych recenzentów mojego żałosnego istnienia. Jednym z nich jest muzyk Tymon Tymański, podający się dość wylewnie za mojego kumpla, wręcz przyjaciela. Tymon z gracją tygodnika „Grazia” czy „Party” opowiada o moich pieniądzach, sławie i jej braku, karierze i jej końcu. Będąc brutalnym, stwierdziłbym grubiańsko - beze mnie Tymona medialnie nie ma, bo kogo interesuje jego płytki buddyzm, dosyć wioskowe już karate czy zakurzone płyty. Więc żeruje na mnie jak PiS na Smoleńsku. Widocznie każdy ma takiego pasożyta, na jakiego zasłużył. Mariusz Jakus, aktor z dość charakterystycznym obliczem, opowiadał mi kiedyś, że kumple zabierali go często na imprezy, bo miał być ich „licencją na ruchanie”. Ja, w pewnym sensie, to samo zapewniam Tymonowi.

Kuba powiedział także, czym dla niego jest przyjaźń:

Przyjaźń jest dla mnie słowem z listy słów mocno ekskluzywnych. Nie wycieram go po gazetach, bankietach czy wywiadach. Warszawa jest pełna przyjaciół, ale jak Darek Krupa zabija kogoś na pasach, to szybko się wyludnia... Boję się ludzi, którzy tak ochoczo drą ryja, ilu to mają przyjaciół. Jeśli siedzenie na placu Zbawiciela i patrzenie, czy inni nas widzą, jest aktem przyjaźni, to ja wolę być sam. Dla mnie wspólne dymanie szesnastolatek nie jest pasowaniem na przyjaciela.

Okazuje się, że wśród osobiści show biznesu są postaci, na których Wojewódzki się zawiódł:

Wydawało mi się kiedyś, że przyjaźnię się z Szymonem Majewskim, Michałem Figurskim czy Andrzejem Saramonowiczem. Ale widocznie oni przyjaźnili się ze mną mniej. Ale zawsze będę to powtarzał. Ja jestem trudny do przyjaźnienia się. Nowotworem przyjaźni w show-biznesie jest rywalizacja. O sukces, sławę, kobiety. Nie znam tego z tomiku aforyzmów, a niestety z doświadczenia. Kilka wersów temu Michał był moim przyjacielem, a teraz jest już tylko kumplem. Może w epoce płytkiej, naskórkowej, elektronicznej wersji przyjaźni z Facebooka te dwa terminy są dla was tożsame, ale dla mnie, urodzonego w latach 60., nie są. Michał był najlepszym partnerem radiowym, jakiego kiedykolwiek miałem. To fajny, wyzwolony łobuz, który nie wiedzieć czemu, próbuje się teraz odżegnać od wszystkich swoich atutów. Powinien zostać sobą, bo wszyscy inni są już zajęci. Cieszę się, że wrócił do radia, mam nadzieję, że nie spokorniał. Olga Bołądź powiedziała mi kiedyś słowa, które noszę w sercu jak ateistyczny medalik: „Będąc indywidualistą, trzeba mieć odwagę ponosić konsekwencje indywidualizmu”. Dziś ponosimy je z Michałem oddzielnie.

Zapytany o to, jak czuje się jako postać kontrowersyjna, odparł:

Nigdy tego nie ukrywałem - lubię mieć wrogów. Tylko totalne, półprzezroczyste miernoty nie mają wrogów. Może to chore, może niezrozumiałe, może dziwaczne, ale jest moje. Wobec świata, jaki mnie otacza, przyjmuję taką ocenę, że komplementem jest posiadanie wrogów. To znaczy, że nie zlepiasz się z tendencją zacierania granic świata, który jest akceptowalny, i świata, który jest do dupy. Show-biznes, Kościół, media czy polityka to świat wielkich namiętności, profitów, ale i licznych kłamstw, bełkotu i dróg na skróty.

Kuba poruszył także kwestię wiary i Kościoła, o którym jak zwykle nie miał wiele dobrego do powiedzenia:

Dla mnie dzisiejszy Kościół ma twarz pana, byłego arcybiskupa, Wesołowskiego. Wiara, chrześcijaństwo to jest zbyt poważna sprawa, oczywiście dla wierzących, żeby ją zostawić wyłącznie Kościołowi. Dlatego z miłości do bliźniego zabieram głos w tej sprawie. Kościół ma strukturę monarchiczną i takiego też oczekuje od wiernych posłuchu. W XXI wieku. To, co ostatnio wyprawiają w Polsce, to absolutny obyczajowy zaduch i uzurpowanie sobie prawa do gmerania nam w duszach bez znieczulenia. Tłumienie wolności słowa, pakowanie się z czarnymi drogimi butami na porodówkę, do nauki i naszego portfela. Kościół przestał być narzędziem Chrystusa, a stał się narzędziem chytrusa.

Wojewódzki podzielił się także własną refleksją po pogrzebie Anny Przybylskiej:

Uczestniczyłem ostatnio w pogrzebie Ani Przybylskiej. Ksiądz w kościele mówił z zaangażowaniem sprzedawcy mebli. O jednej z najcudowniejszych istot, jakie znałem, wygłaszał frazesy rodem z Wikipedii. Padały slogany o tym, że „Bóg jest łaskawy i sprawiedliwy”. To największe kłamstwo, jakie czytałem, od dwóch tysięcy lat. Tylko bezlitosny egoista potrafi zabrać młodą matkę trójce dzieciaków. Ale to nie wszystko. W trakcie mszy poświęconej zmarłej osobie Kościół nie zajmuje się tym, kto odszedł, nie zajmuje się jej rodziną i bólem. Kościół zajmuje się sobą. Swoim pieprzonym ewangelicznym narcyzmem. Jak padły słowa „Przeprośmy za nasze grzechy”, to aż zacisnąłem pięści z bezradności. A kiedy wy przeprosicie za swoje - za obłudę, pedofilię, zachłanność i bizantyjski styl życia? Kiedy ten wasz Bóg przeprosi rodzinę Ani, że gdy ona odchodziła, on zajmował się doglądaniem budowy kolejnej świątyni. Niech przeprosi Jarka, że zabrał matkę jego dzieci. Z pozycji kolan nie zmieni się ani świata, ani własnych horyzontów. Czasami mam wrażenie, że gdyby to od Polaków zależała ewolucja, to chodzilibyśmy wyłącznie na kolanach.

Showman skrytykował ludzi, którzy po śmierci Ani Przybylskiej wypowiadali się na jej temat w mediach:

Nagle wokół śmierci Ani zaczął robić się magiel. Przerażający, bo jego źródłem była czyjaś realna tragedia. Licytacja, kto ją lepiej znał, z kim się bardziej przyjaźniła. I najgorsze: licytowanie się, kto wiedział więcej o jej chorobie, a kto mniej. Tu pełną pulę zgarnął patologiczny konował z Trójmiasta. Kinga niestety zajęła dobre, drugie miejsce. Ania i jej śmierć stała się okazją do błyśnięcia dla zidiociałych quasi-dziennikarek i niezdolnych aktorów. Trzeba to jasno powiedzieć. To był zlot medialnych cmentarnych hien. Nie wiem, czy byłaby dumna z takiego towarzystwa. Jej prawdziwi przyjaciele żegnali ją godnie i w milczeniu.