W ubiegłym tygodniu Pudelek.pl podał informację o śmierci Anny Przybylskiej. Wiadomość szybko zniknęła ze strony, pojawiło się także dementi jej menadżerki, ale mimo to wieść o rzekomej śmierci aktorki lotem błyskawicy obiegła serwisy społecznościowe. Na Twitterze Marylkę ze "Złotopolskich" pośmiertnie wspominali: blogerzy, dziennikarze, publicyści.

Wczoraj na Facebooku całą sytuację skomentował aktor Bartek Kasprzykowski. Jego zdaniem, podanie tego rodzaju informacji nie ma nic wspólnego z wolą informowania, a jest jedynie efektem intrygi.

Uśmiercenie Ani Przybylskiej, to odprysk wielkiego draństwa, które ma miejsce od lat. Opowiadanie bzdur o innych odrywa się od kontekstu tabloidów i zaczyna żyć własnym życiem. Można mówić, że się tego nie czyta, ale często słyszy się później te krzywdzące bzdury jako informację od "znajomego kolegi, który ich zna". Tak żyje plotka. Głuchy telefon. Biznes pomówień, brutalnego gwałtu na prywatności, kreowania kłamliwej rzeczywistości trwa. Dzisiaj staje się też narzędziem zemsty, antypromocji, promocji. Czytamy bzdury. To nie rozrywka, to napędzanie maszyny ssącej pieniądze z krzywdy, strachu. Walka z tym w sądach jest mniej medialna, mniej słyszalna. Ale trwa - napisał aktor.

Kasprzykowski i aktorka Tamara Arciuch ostatnio również starają się prostować informacje, podane do publicznej wiadomości przez "Fakt". Zdaniem bulwarówki, para została wyrzucona z teatru MY z powodu ciągłych kłótni w czasie prób do spektaklu "Kochanie na kredyt". Kasprzykowski i Arciuch zaprzeczają i wyjaśniają, że odejście z obsady to ich wyłączna decyzja. CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT >>>


Czy honor już umarł? Czy wstydu nie ma? Czy empatia odeszła do lamusa? Czy można wszystko, jak na okładce szmatławca ze zdjęciem martwego dziecka po zbrodni nad Ukrainą?! Krzyk kłamstwa jest głośny. Nie słychać zza niego myśli sprawiedliwych - zakończył swój wpis aktor.