Kilka tygodni temu, na blogu Beaty Tadli pojawiła się niezbyt pochlebna opinia na temat nadmorskich miejscowości w Polsce. Prezenterka była zdegustowana hałasem, kiczem i brzydotą niektórych kurortów, do których jak zapowiedziała, nie zamierza wracać.

Nic więc dziwnego, że na dłuższy wakacyjny wypoczynek, prezenterka wybrała Chorwację. Niestety i tym razem, los zgotował jej niemiłą niespodziankę:

Jeszcze siedzę w jednym z chorwackich portów. Jeszcze cieszę się pięknym słońcem, błękitnym niebem i turkusowym morzem. Ostatnie chwile przed wylotem. A lato było wredne tego roku... Bardzo dużo pracy, kilka służbowych wyjazdów, góra stresu i tylko tydzień prawdziwego nicnierobienia. I wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie to, że połowa tego bajkowego wypoczynku upłynęła pod znakiem choroby. Wizyta u chorwackiego lekarza i antybiotyk to ostatnie wspomnienia wakacji... Nie zastanawiałam się CZY się rozłożę, pytanie brzmiało: KIEDY? Choroba jest niestety nieodłącznym elementem moich urlopów. Ludzie, którzy pracują na wysokich obrotach i nagle zwalniają, są bardzo podatni na wirusy i bakterie. Adrenalina przestaje trzymać i spada odporność. Wolne dłuższe, niż weekend zazwyczaj kończę choćby drobnym przeziębieniem. Do warszawskiego pędu wracam więc jak zużyta bateria, a nie naenergetyzowany panel słoneczny...

Na szczęście jednak, tym razem poczucie estetyki Beaty Tadli nie zostało zawiedzione: 

Chorwacja to piękny region, z którego zawsze przywożę masę zdjęć i tatuaży w mózgu. Kolekcjonowaniu wspomnień podporządkowałam życie. Te o katarze i gorączce szybko wyparują. Ale zostaną te o trąbach powietrznych nad Dubrownikiem, kawie w małej knajpce na szczycie góry z widokiem na zatokę i siedemnastowieczny kościółek, dojrzałych figach, które zjada się prosto z drzewa czy pięknej podmorskiej przestrzeni, którą zdążyłam jeszcze zobaczyć zanim wirus zakazał mi kąpieli. A do lata mam żal. Znów kończy się za szybko...