Karolina Korwin-Piotrowska, w swoim felietonie zamieszczonym na portalu natemat.pl, zaczyna od wyjaśnienia, czym dla niej jest prasa kolorowa:

Reklama

Pisma kolorowe to nie encyklopedia. To nie kozetka u psychoanalityka. Ja nie szukam tam prawd objawionych, mądrości życiowych, nie służą żadnym wyższym celom. Służą za to do rozrywki, zabawy, bywa, że całkowitego odmóżdżenia. To, wbrew pozorom, też jest potrzebne. Byle nie w nadmiarze. Stawianie jednak tezy, że “kolorówki” to jakiś front obrony mitycznego systemu, jest, delikatnie mówiąc, zabawne, szczególnie, kiedy mówi to ktoś, kto razem ze swą rodziną, całkiem niedawno zaczął burzliwy romans z kolorowymi pismami i z brukowcami.

Dalej dziennikarka przypomina, że najbliższa rodzina prezesa Jarosława Kaczyńskiego również nie stroniła od lansowania się na łamach kolorowych gazet:

Całkiem niedawno także sam Pan Prezes robił z bratanicą i jej córkami słodkie ustawki dla tabloidów, chcąc tym samym ocieplić swój dość odpychający i srogi wizerunek. Nawet newsy o kocie Aliku się pojawiły. I jakiś się nam Prezes na moment bardziej ludzki wydał….Po śmierci rodziców bratanica Pana Prezesa rozpoczęła istny medialny brazylijski serial, który trwa do dziś. Rozpoczęła go z własnej woli i teraz ponosi tego bolesne konsekwencje, bowiem paparazzi nie opuszczają jej na krok. Stała się, na własne życzenie, medialną zwierzyną łowną. Ale jej twarz stała się rozpoznawalna, ona sama ma z tego także realne korzyści. Bo okładkę “Vivy” czy “Gali” widziały miliony, a drugie tyle o niej dyskutowało. To jest siła prasy kolorowej, czy to się komuś podoba czy nie.

Zgadzacie się z opinią Karoliny Korwin-Piotrowskiej?