Mąż dziennikarki Paweł Janeczek zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem.

Reklama

16 kwietnia, w dniu 48. urodzin tragicznie zmarłego męża, dziennikarka zamieściła w swoich mediach społecznościowych poruszający wpis.

11 lat temu też był piątek. Niecały tydzień wcześniej zatrzymał się świat - napisała pod fotografią, na której jest Paweł Janeczek i ich syn Igor.

Rano odgłos zamykanych drzwi. Spokojny oddech dziecka w łóżeczku ze szczebelkami. Okruchy na stole, niedopita kawa, koszula z poprzedniego dnia rzucona niedbale. Łagodny poranek, który nie miał ciągu dalszego. »Synku, znajdę tam Tatę, choćbym miała szukać bez końca«. Każda chwila zapisana jak w zwolnionym filmie. Moskwa. Zdjęcia pokazywane przez śledczych, pełne błota i rozpaczy, zapach paliwa, chłód sal z metalowymi podestami, dziesiątki obrączek, butów, resztki dawnych istnień - napisała.

Racewicz wspomniała w swoim wpisie o wezwaniach do prokuratury.

Warszawa. 16 kwietnia. Torwar. Przytłumione światło, szpaler trumien i ta Twoja - z oficerską czapką położoną na wieku. Odurzający zapach świec i szloch, którego nie sposób było uwięzić w gardle. Tłum przyjaciół, znajomych, czasem zupełnie nieznanych ludzi. Ktoś przytulał, ktoś inny przyniósł herbatę w plastikowym kubku. Ciemny garnitur, zawiązane buty, spinki do koszuli. Takiego Cię dopilnowałam. Takiego opisałam w prokuraturze. Nie uwierzyli. Zafundowali kolejne spotkanie po ośmiu latach i nazwali to koniecznością procesową. Pamiętam wszystko, do skalpela w dłoni pana w białym kombinezonie - wspomina Joanna Racewicz.

Dodaje, że "ukradziono jej 11 lat".

Nie umiem wybaczyć ludziom, którzy zmusili do wyjaśniania dziesięcioletniemu dziecku, co znaczy słowo, od którego cierpnie skóra. Nie potrafię zapomnieć jedenastu ukradzionych lat - pisze.

Za co Racewicz dziękuję swojemu zmarłemu mężowi?

Ale dziś jestem w innym miejscu. Dziś Twoje zdjęcia pojaśniały, jakby chciały zostać czarno- białe. Dziś - czułość i wdzięczność za każdą chwilę. Za Twoje "jestem, nawet gdy mnie nie ma", za śmiech do łez i burze, po których było słońce. Za Syna Lepszego Niż Marzenie. Także za dzień, w którym zrozumiałam, że tracąc wszystko - znalazłam nową siebie. Wyboista droga i niełatwa lekcja. Próbowałam przejść przez morze na przestrzał- do ziemi obiecanej. Uparcie nie chciało się rozstąpić. Nie żałuję. Bo o niebo lepiej wziąć Życie za rękę i usłyszeć: "chodź, obejdziemy tę wielką wodę dookoła, nie pójdziemy na cud i łatwiznę". Dziękuję - pisze dalej.

Smoleńsk to zamknięty rozdział. Nie będzie ciągu dalszego - tymi słowami Racewicz kończy swój wpis.