1. Aresztowanie polskiej Angeliny Jolie

Agnieszka O. (zwana polską Angeliną Jolie albo polską Monicą Bellucci) pod koniec roku 2011 wykonała numer, który przyćmił wszystkie dotychczasowe wybryki celebrytów. Została aresztowana z powodu złamania zasady zawieszenia wyroku. 

Podobno już w 2007 roku oskarżono ją o udzielanie narkotyków (modelka proponowała próbki narkotyków potencjalnym nabywcom - tak, jak panie w supermarketach częstują nas jogurtem czy napojem, byśmy potem kupili całą butelkę) i skazano na 4 miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata.

ZOBACZ: POLSKA ANGELINA JOLIE ARESZTOWANA!

Angelina - a właściwie Agnieszka - nie miała stałego miejsca zameldowania, więc policja nie mogła jej namierzyć. Ale z drugiej strony wystarczyło otworzyć jakikolwiek serwis plotkarski w internecie, by zobaczyć, że obdarzona pokaźnym biustemdama bywa na wielu oficjalnych imprezach. Bywa i ochoczo pozuje do zdjęć ze znanymi ludźmi.

O. siedzi w areszcie i podobno nikt jej nie odwiedza. Policja usiłuje sprawdzić, komu udzielała narkotyków. Ciekawe, czy na liście klientów przedsiębiorczej modelki są jacyś znajomi z warszawskich imprez?


2. Nocne wybryki trzech młodych polskich aktorów

W marcu 2011 trzech młodych polskich aktorów - Antoni K., Michał L. i Jakub W. - postanowiło wypić kilka głębszych w jednej ze stołecznych knajp. Problem polegał jednak na tym, że na kilku się nie skończyło, a panowie po odejściu od stolika spacerowali po jednej z warszawskich ruchliwych arterii i zatrzymywali samochody.

Policjanci wezwani na miejsce usłyszeli od gwiazdorów stek wyzwisk. Została także naruszona ich nietykalność cielesna - szarpanina dla jednego z funkcjonariuszy skończyła się złamanym palcem. Niesforny Antoni K. pojechał prosto do izby wytrzeźwień, skąd rano odebrał go jego znany tata Paweł Królikowski (podobno był wściekły jak osa). Dwaj pozostali panowie wylądowali w areszcie. I tak skończyło się ich marcowanie...


3. Wyrzucenie z planu serialu "Dwóch i pół" Charliego Sheena

Wszyscy pukali się w głowę słysząc, że Charlie Sheen zadarł z producentami serialu "Dwóch i pół". Dlaczego? Ano dlatego, że aktor zarabiał tam prawdziwą fortunę! Jak podawał magazyn "Forbes", gwiazdor wzbogacił się w ciągu roku o 40 milionów dolarów - a lwią część tego dochodu stanowiły pieniądze, które otrzymywał od producentów sitcomu.

Za taką gażę wstawalibyśmy codziennie o 5.00 rano i o 8.00 meldowali się na planie wolni od wszelkich nałogów. Ale to zupełnie nie w stylu Sheena! Gwiazdor w pracy zachowywał się po prostu skandalicznie, więc producenci podjęli decyzję o usunięciu go z obsady.

Wesołego Charliego zastąpił Ashton Kutcher. No cóż... przystojny facet. Ale czy ma tyle siły komicznej, co Sheen?

Producent "Dwóch i pół", Chuck Lorre wypowiedział się ostatnio tej sprawie w nader dobitny sposób: Nie można brać tyle kokainy w pracy!

To wystarczy za całe podsumowanie.


4. Nergal uzdrawiał w warszawskim klubie

Jeśli chodzi o Nergala, to właściwie możemy mówić o całym ciągu afer. Wszystko zaczęło się w dniu, kiedy podczas koncertu Behemotha jego wokalista Adam Darski podarł Biblię, czyli dokładnie 13 września 2007 roku. Wtedy zaczęła się jego kariera naczelnego skandalisty RP. I trwa do dziś.

W październiku 2011 roku w jednym z warszawskich klubów doszło do performance'u podczas koncertu grupy zespołu Times New Roman. Udział w nim wziął Nergal - a trzeba dodać, że zasiadał już wtedy w jury muzycznego show TVP "The Voice of Poland".

Jego rola w sztuce polegała na "uzdrowieniu" ludzi jeżdżących na wózkach inwalidzkich. Darski przebrany za duchownego swoim dotykiem sprawiał, że chorzy z nich bez najmniejszego problemu wstawali. Usłyszawszy o tym prezes TVP Juliusz Braun przesłał PAP oświadczenie, w którym napisał: -  To prowokacyjne zachowanie, wykazujące brak poszanowania nie tylko dla przekonań religijnych, ale także dla choroby i kalectwa.

Wszyscy spekulowali, czy po tym incydencie Nergal wyleci z hukiem z programu. Tak się nie stało - co więcej, show wygrał jego podopieczny Damian Ukeje.


5. Incydent z Borysem Szycem i fotografem

Ta sprawa jest niejasna, gdyż obie strony sporu przedstawiają dwie zupełnie inne wersje wydarzeń. Pewien fotoreporter o imieniu Piotr twierdzi, że pijany Borys Szyc pobił go na warszawskiej ulicy. Aktor zaś twierdzi, że to nieprawda.

Wszystko rozegrało się w listopadzie na ulicy Rozbrat w Warszawie. Pan Piotr (na co dzień zajmujący się podobno fotografią weselną, a nie czatowaniem w krzakach na gwiazdy) stał z grupą kolegów-fotoreporterów na ulicy, gdy nagle podbiegł do niego gwiazdor i - jak mawia młodzież - wyjechał mu z główki, tłukąc okulary i rozbijając telefon. Sam Szyc utrzymuje, że nic takiego nie miało miejsca i ma na to pięciu świadków. 

Policja wysłuchała obu stron i nikomu nie postawiła zarzutu. Jak donosi tygodnik "Twoje Imperium" czyn Szyca miał zbyt niską szkodliwość społeczną, ale poszkodowany fotograf chce założyć aktorowi sprawę cywilną. O pobicie. Czekamy na dalszy rozwój wypadków.

CZYTAJ: BORYS SZYC POBIŁ FOTOREPORTERA?