Niedziela, godzina 18.00, ulica Rozbrat w centrum Warszawy. To tu miało dojść do rzekomego pobicia fotoreportera przez Borysa Szyca. Zajście zakończyło się na komisariacie, jednak obie strony zupełnie inaczej je przedstawiają.

Poszkodowany paparazzi ponoć twierdzi, że stał na ulicy z grupką innych fotoreporterów, a aktor - będący pod wpływem alkoholu - podbiegł do niego i uderzył go z tak zwanej główki. Przyjechała policja i chciała wylegitymować krewkiego aktora. Jednak podobno wdał się w dyskusję z funkcjonariuszami, więc został przewieziony wraz z uderzonym fotoreporterem na komendę na ulicy Wilczej.

Pan Piotr - tak się nazywa fotoreporter - ma pod okiem ranę. Podobno aktor zniszczył mu też okulary. Twierdzi, że nawet nie miał przy sobie aparatu fotograficznego - nie robił zdjęć gwiazdorowi.

Zupełnie inną wersję przedstawia Szyc. Po pierwsze nie został odwieziony na komisariat, ale sam tam przyjechał, by poskarżyć się na prześladowania ze strony paparazzi. Po drugie, domniemana ofiara zaproponowała w obecności policjantów, że puści sprawę w niepamięć, jeśli aktor zapłaci mu 9 tysięcy.

"Super Express" cytuje słowa Szyca: - Jakiś pan sugeruje, że go uderzyłem. Nic takiego nie miało miejsca, mam na to 5 świadków. 

Dodajmy do tego wszystkiego opinię policji, zamieszczoną przez tabloid:

- Nikt nie usłyszał zarzutów. Postępowanie zostało wszczęte. Biegli ocenią obrażenia ciała. Po ich opinii prokurator zdecyduje, czy postawione zostaną ewentualne zarzuty - mówi asp. szt. Tomasz Oleszczuk.

To nie pierwszy zatarg Szyca z paparazzi. W 2008 roku wdał się w bójkę z przedstawicielem tego konwersyjnego fachu.

Sam gwiazdor jest rozgoryczony całym zajściem i uważa je za nienormalne.