Karnawał nie karnawał – Polacy rozkochani w tańcu, szturmują parkiety. Rynek stał się jednak bardzo wymagający i na tej miłości coraz trudniej zarobić.

Do tanecznego biznesu wzięły się największe nazwiska. – Trzydzieści pięć lat doświadczenia. Dziesiątki par tanecznych, które wygrywały konkursy. A czy ktoś mnie pamięta z telewizji, czy nie, nie ma znaczenia – irytuje się Piotr Galiński, choreograf i trener tańca towarzyskiego z własną szkołą. Szeroka publiczność poznała go jako jurora „Tańca z gwiazdami” w TVN, który przed pięcioma laty zapoczątkował u nas modę na taniec. Dziś boom na rynku próbują wykorzystać amatorzy, ale według Galińskiego są bez szans. – W Warszawie jest już około setki szkół tańca, z czego część świeci pustkami. Spotkałem dziewczynę, która sama uczyła się tańczyć i po kursie postanowiła otworzyć szkołę dla innych. To nieporozumienie.

Takie inicjatywy psują rynek, więc Galiński radzi chętnym, by koniecznie weryfikowali szkołę. Jest w czym wybierać, mamy już około tysiąca tanecznych akademii, bo z pozoru to dość łatwy biznes. Magazyn „Moja firma. Franchising”, który przeprowadził symulację kosztów i przychodów tanecznego interesu, szacuje, że miesięczny dochód z niewielkiej szkoły może sięgnąć 15 tys. zł. Ale przy takiej konkurencji wygra ten, kto ma najlepszych instruktorów i niezwykłą ofertę.

Uwodzenie klienta

W praktyce wygląda to tak: karnawałowy bal maskowy w klimacie szesnastowiecznej Wenecji (w następną sobotę w łódzkiej szkole tańca Lilla House), cotygodniowe wieczorki taneczne albo pojedynki nastolatków pod hasłem Dance Crash, podczas których widownia wybiera najlepszych (w stołecznej Egurrola Dance Studio), hit tego sezonu – zumba, czyli latynoskie rytmy połączone z aerobikiem (w lubelskim Megadance). Bo taniec to dziś nie tylko hobby, lecz także – jak przekonują w szkołach – styl życia, sposób na nadwagę, a nawet walkę ze stresem. Raz zdobyta pozycja wcale nie gwarantuje firmie długoterminowego sukcesu, a o klientów trzeba zabiegać codziennie – np. akademia prowadzona przez parę celebrytów Katarzynę Cichopek i Marcina Hakiela tuż przed sylwestrem oferowała karnet na trzymiesięczny kurs z 60-procentowym rabatem. Inni celują w nisze, których nie odkryła jeszcze konkurencja.


– Właściwie nie mamy z kim rywalizować – mówi Anna Zakrzewska, właścicielka Afrykańskiej Szkoły Ruchu i Tańca Uanga. Jako miłośniczka tańca i znajoma wielu Afrykanów pół roku temu postanowiła zaryzykować, wzięła na rozkręcenie interesu 60 tys. zł kredytu i w zabytkowej kamienicy na Pradze otworzyła nietypową szkołę. Zajęcia prowadzą głównie Afrykanie, chętnych przyciąga dodatkowymi atrakcjami: nauką gry na bębnach czy gotowaniem afrykańskich potraw. – To trudny biznes i sporo ludzi przychodzi, by mile spędzić czas, a nie nauczyć się tańczyć. Ale z tygodnia na tydzień liczba klientów rośnie – opowiada. Za trzy – cztery miesiące powinna osiągnąć pierwsze zyski, ale by ocenić, czy biznes się opłaca, potrzebuje roku.

Podobno dobry instruktor może nauczyć tańczyć nawet na sali gimnastycznej, ale przy ostrej konkurencji nikt nie pozwala sobie na taką ekstrawagancję. Dlatego najlepsi inwestują nie tylko w dobrze wykształconych trenerów, lecz także atrakcyjną lokalizację. Znany z programu „You Can Dance” Agustin Egurrola, mistrz tańców latynoamerykańskich, pierwsze lekcje dawał przed dwiema dekadami w ośrodku kultury. Dziś jego szkoła ma sześć oddziałów, z czego furorę robią dwa najmłodsze studia. Jedno otwarte przed rokiem w warszawskim centrum handlowym przy trasie wylotowej oferuje zajęcia taneczne dla dzieci.

To był strzał w dziesiątkę – dzieci rozwijają tam swoją pasję (lub realizują ambicje rodziców), podczas gdy opiekunowie w spokoju robią zakupy. Kolejny punkt, na Tarchominie, jednej z sypialni Warszawy zamieszkałej przez młode małżeństwa, również okazał się sukcesem, bo przyciągnął klientów, którym nie opłacało się stać godzinami w korkach, by dojechać do centrum. Dziecięcy klient jest wyjątkowo wdzięczny – dorosły amator tańca przywiązuje się do szkoły na dwa – trzy lata, by doskonalić technikę albo próbować sił w nowych rodzajach tańca. – A dzieci, jeśli nie zniechęcą się z jakiegoś powodu, przywiązują się na długie lata – mówi Natalia Iwaszko z Egurrola Dance Studio. By wzmocnić to przywiązanie, co pół roku szkoła organizuje wielki pokaz dla kilkutysięcznej widowni, by młody tancerz miał okazję zaprezentować się szerszej publiczności, a nie tylko rodzicom.


Łódzka szkoła tańca Lilla House postawiła z kolei na wyjątkowe wnętrze – po dwóch latach podnajmowania stumetrowej sali właścicieli wspartych kredytem stać było na przenosiny do zabytkowej fabryki w centrum. Wyburzono ściany, przeprowadzono generalny remont i dziś w nietypowym wnętrzu amatorzy tańca mogą ćwiczyć na sześć razy większej powierzchni. Kilkunastu najpopularniejszych technik uczy dwudziestu etatowych instruktorów oraz dziesiątka współpracujących (to głównie nauczyciele niszowych technik, np. tańca brzucha). W minionym roku szkolili ich najlepsi choreografowie z zagranicy, bo Lilla House zdobyła unijną dotację na projekt „Tancerz jako najlepsza inwestycja”. – Instruktorzy podnosili kwalifikacje zawodowe, a my jakość oferty naszej szkoły – wyjaśnia Magdalena Wieczorek, dyrektor ds. rozwoju marki Lilla House. Klientów przyciągają dzięki rozmaitym zabiegom marketingowym – stałej reklamie w lokalnej prasie i outdoorowej w ścisłym centrum miasta oraz barterowym umowom z łódzkimi firmami. Dzięki temu widz dostaje voucher na jednorazowe zajęcia, kupując np. bilet do kina.

Moda na taniec nakłoniła właścicieli do otwarcia osobnej szkoły nauki dla dzieci oraz do eksperymentu z franczyzą. Prawo do korzystania z marki kupiło już pięć firm m.in. z Rzeszowa, Raciborza i ze stolicy.

Amatorzy psują rynek

– Taneczny biznes ma wielki potencjał – mówią właściciele szkół. Najlepiej wiedzą o tym wytwórnie filmowe i stacje telewizyjne. Za miesiąc na nasze ekrany wejdzie musical „Burleska” z Cher i Christiną Aguilerą, recenzenci przewidują powtórkę sukcesu „Showgirls” i „Chicago”. Przez sześć tygodni od amerykańskiej premiery film przyniósł 50 mln dol. wpływów. Soundtrack do musicalu najlepiej na razie sprzedawał się w Niemczech i Austrii (2. miejsce według portalu iTunes), do Polski ma trafić tuż przed pokazem filmu. Nasze próby powtórzenia światowych sukcesów (kinowe „Kochaj i tańcz” z Izą Miko i Mateuszem Damięckim i serial „Tancerze” w TVP) nie były aż tak udane, ale już taneczne programy stały się dla TVN prawdziwą maszynką do zarabiania pieniędzy. Dwanaście dotychczasowych edycji „Tańca z gwiazdami” to – według wyliczeń Nielsen Audience Measurement na podstawie oficjalnych cenników – aż 432 mln zł wpływów z reklam emitowanych w trakcie programu i wokół niego. Pięć edycji „You Can Dance” przyniosło 155 mln zł.


Właściciele szkół nie mają wątpliwości, że oba programy pomogły rozwinąć rynek – każda nowa edycja zwiększa grono klientów nawet o 25 proc. – Ale ci są najmniej przywiązani. Od razu chcą tańczyć tak jak w telewizji i szybko się zniechęcają – opowiada Magdalena Wieczorek.

Nie dla całej tanecznej branży masowy szturm na parkiet miał wyłącznie pozytywne skutki. Producenci ręcznie szytego obuwia narzekają, że na fali tej mody do produkcji butów do tańca zabrało się wielu dyletantów. – Od roku mamy zastój, bo jak grzyby po deszczu wyrosły firmy, które bez żadnych doświadczeń, taśmowo produkują obuwie taneczne. I psują rynek, bo dobre buty to lata doświadczenia – narzeka Sylwia Kozdra z wrocławskiej pracowni obuwia do tańca towarzyskiego „Kozdra”, jednej z najstarszych w Polsce.

Najnowsza moda zainspirowała nie tylko producentów butów. Pół roku temu na rynku wydawniczym pojawił się pierwszy magazyn dla amatorów tańca „Place for Dance”. Dwumiesięcznik wydaje firma Anny Garwolińskiej, właścicielki jednej z najstarszych w kraju firm PR Glaubicz Garwolińska Consultants; pismem kieruje choreograf, instruktor tańca Maciej Zakliczyński. – Poznaliśmy się na parkiecie, gdy Ania trafiła do mnie na lekcję. Wyszła z tego gazeta, która ma odpowiedzieć na potrzeby rynku – opowiada naczelny. W magazynie obok historii tańca są rady, jak się ubrać na parkiet albo jak zaleczyć zakwasy. Nakład wynosi 30 tys. egzemplarzy, na razie sprzedaje się jedna trzecia. Zakliczyński ma nadzieję, że za rok wydawca przestanie dokładać do tytułu, bo rynek wciąż się rozwija: – Muzyka zawsze była w człowieku, więc to nie może być sezonowa moda.

– Polacy właśnie sobie uświadomili, że taniec im się po prostu należy – dorzuca Piotr Galiński. – To element naszej kultury i mamy w tej dziedzinie sporo do nadrobienia.