Richard Quest, jeden z najbardziej rozpoznawalnych reporterów CNN, spotkał się z Nicky Hilton, siostrą niesławnej skandalistki Paris, by porozmawiać o życiu w błyskach fleszy, modzie i projektowaniu ubrań. Oraz, rzecz jasna, o Paris.
Richard Quest: Ludzie jak pani, muszą każdego dnia radzić sobie z paparazzi...
Nicky Hilton: Na początku, gdy pisano o mnie w dość nieprzyjemny sposób, robiło mi się przykro, później jednak przywykłam. Z czasem moja skóra zrobiła się grubsza i nie przejmuję się już. Faktem jest, że rzadko piszą o mnie przez pryzmat mojej pracy, projektantki mody. Wolą opisywać to, o czym i ludzie wolą czytać, czyli z kim wyszło się na imprezę.
Co takiego jest w modzie, że panią tak bardzo zajmuje?
Moda pozwala na lepsze wyrażenie się, dla mnie jest to też zabawa, lubię dobrze się ubrać. Lubię też projektować ubrania, w które ubierają się moi przyjaciele.
Czy do życia w otoczeniu mediów można się przyzwyczaić?
Cóż, znoszę to lepiej niż inni członkowie mojej rodziny. Nie jestem jedną z tych osób, które bezradnie siedzą i narzekają. Jest jak jest i trzeba się z tym pogodzić.
Jak rodzina przeżyła sprawę aresztowania i uwięzienia Paris?
Ciężko zostawić kogoś, kogo się kocha, w więzieniu - 23 godziny w zamkniętej klatce. Myślę, że te ciężkie chwile jakoś nas do siebie zbliżyły.
Po co pani to wszystko? Projektowanie, praca? Jest pani przecież wyjątkowo bogatą osobą.
Czemu miałabym nie pracować?! Te dziewczyny z milionami, które nic nie robią, nie pracują - przecież to koszmarnie nudne. Zarabianie własnych pieniędzy sprawia mi ogromną przyjemność. Lubię budzić się rano i mieć jakiś cel w życiu. Hiltonom wpaja się od małego, że powinni pracować. Nawet mój ojciec pracował w hotelach naszej sieci jako bagażowy czy na recepcji.
Czy może wymienić pani jedną osobę, którą chciałaby pani widzieć w przez siebie zaprojektowanych ubraniach.
Naprawdę fajnie byłoby widzieć w moich ubraniach kogoś takiego jak Anna Wintour, naczelna magazynu "Vogue", do której projektanci uderzają drzwiami i oknami, obdarowując swoimi ubraniami. Byłoby wspaniale zobaczyć ją w czymś moim.
Nicky Hilton: Na początku, gdy pisano o mnie w dość nieprzyjemny sposób, robiło mi się przykro, później jednak przywykłam. Z czasem moja skóra zrobiła się grubsza i nie przejmuję się już. Faktem jest, że rzadko piszą o mnie przez pryzmat mojej pracy, projektantki mody. Wolą opisywać to, o czym i ludzie wolą czytać, czyli z kim wyszło się na imprezę.
Co takiego jest w modzie, że panią tak bardzo zajmuje?
Moda pozwala na lepsze wyrażenie się, dla mnie jest to też zabawa, lubię dobrze się ubrać. Lubię też projektować ubrania, w które ubierają się moi przyjaciele.
Czy do życia w otoczeniu mediów można się przyzwyczaić?
Cóż, znoszę to lepiej niż inni członkowie mojej rodziny. Nie jestem jedną z tych osób, które bezradnie siedzą i narzekają. Jest jak jest i trzeba się z tym pogodzić.
Jak rodzina przeżyła sprawę aresztowania i uwięzienia Paris?
Ciężko zostawić kogoś, kogo się kocha, w więzieniu - 23 godziny w zamkniętej klatce. Myślę, że te ciężkie chwile jakoś nas do siebie zbliżyły.
Po co pani to wszystko? Projektowanie, praca? Jest pani przecież wyjątkowo bogatą osobą.
Czemu miałabym nie pracować?! Te dziewczyny z milionami, które nic nie robią, nie pracują - przecież to koszmarnie nudne. Zarabianie własnych pieniędzy sprawia mi ogromną przyjemność. Lubię budzić się rano i mieć jakiś cel w życiu. Hiltonom wpaja się od małego, że powinni pracować. Nawet mój ojciec pracował w hotelach naszej sieci jako bagażowy czy na recepcji.
Czy może wymienić pani jedną osobę, którą chciałaby pani widzieć w przez siebie zaprojektowanych ubraniach.
Naprawdę fajnie byłoby widzieć w moich ubraniach kogoś takiego jak Anna Wintour, naczelna magazynu "Vogue", do której projektanci uderzają drzwiami i oknami, obdarowując swoimi ubraniami. Byłoby wspaniale zobaczyć ją w czymś moim.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|