Rumunia, jako najmłodsze dziecię Unii Europejskiej, bardzo serio podeszła do brukselskich norm i zakazała swoim pasterzom tradycyjnego wypędzania owiec na pastwiska górskie. A że redyk, czyli wypędzanie właśnie, to sprawa dla górali równie ważna jak dla nas oscypek, z pretensjami do Brukseli posyłają najbogatszego z nich.
Od wieków rumuńskie owce pędziły przed siebie raz w góry, a raz w doliny. Wiosną w górę, jesienią w dół. Ten rok miałby być inny, bo Unia domaga się, by zwierzęta - podczas pobytu na hali - miały zapewnione schronienie. A gdzie w szczerym polu szukać dachu dla całego stada? - zastanawiają się pasterze. Jakby tego było mało, owce miałyby być... przewożone ciężarówkami. Rumuńskie władze nie protestują, tylko każą pasterzom dostosować się do unijnych norm.
A pasterze są wściekli, bo czują, że Unia doprowadzi owczarstwo do upadku. Najbogatszy z nich, Aron Tanasoiu, wybiera się do Brukseli, by negocjować. Jeśli niczego nie wywalczy, zbankrutować mogą tysiące ludzi, utrzymujących się z hodowli owiec.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz