Angielscy fani krykieta równie serio jak swój ulubiony sport traktują sprawę jedzenia, które zapewnić ma należytą dawkę energii. Potrawy na czas gry zamówili "u Hindusa". Tyle tylko, że restauracja jest w Wielkiej Brytanii, a oni byli w Australii.
Cóż to jest 14 tys. kilometrów dla sprawnego restauratora. Nasir Abdul, menedżer w Bombay Nights w angielskim Bath, podjął wyzwanie, a później wystawił potężny
rachunek. Za wysłanie do australijskiego Perth kilku porcji jagnięciny tikka masala, jagnięciny dansak, grzybków pilau, tarka dhal, sag aloo i chlebka pratha zażądał 1,5 tys. funtów (ok. 9
tys. zł).
Rachunek dziesięciokrotnie większy, niż gdyby jedzenie zamówiono na miejscu, fani krykieta ochoczo zapłacili. W zamian dostali kilka walizek z wbudowanymi termosami i instrukcję do podgrzania kupionego jedzenia. Pochłonęli wszystko, co do okruszka. Ale nie ma się co dziwić. Za takie pieniądze...
Rachunek dziesięciokrotnie większy, niż gdyby jedzenie zamówiono na miejscu, fani krykieta ochoczo zapłacili. W zamian dostali kilka walizek z wbudowanymi termosami i instrukcję do podgrzania kupionego jedzenia. Pochłonęli wszystko, co do okruszka. Ale nie ma się co dziwić. Za takie pieniądze...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl