Charles Sibindana z RPA do bystrych nie należy. Nie dość, że chciał się wymigać od roboty zwolnieniem od ginekologa, to użyte przez niego zaświadczenie było wystawione na żonę, która w dodatku była... w ciąży. I nawet myśl zwątpienia nie zmąciła mu spojrzenia, gdy wręczał zwolnienie swoim szefom.
Szefowie popatrzyli na niego, pomyśleli: "po co komu taki pracownik". I zwolnili. A, że nikt nie lubi kanciarzy, podali go jeszcze do sądu.
Sąd z Vereeniging koło Johannesburga uznał go winnym fałszerstwa i kazał zapłacić karę, w przeliczeniu około 400 złotych.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl