John Lyne to zdecydowanie największy pechowiec Wielkiej Brytanii. Już dwa razy trafił go piorun, spadł z konia i potrącił go samochód. Ale to nie koniec, bo ostatnio... wpadł do studzienki kanalizacyjnej.
Lyne beztrosko spacerował sobie uliczkami miasteczka Stainsforth. Ale biedaczysko zapomniał, żeby patrzeć pod nogi. I w zamyśleniu nie zauważył odsłoniętej dziury prowadzącej kilkanaście metrów pod ziemię. Zleciał i poobijał się na tyle skutecznie, że lekarze zalepili mu obydwie nogi gipsem.
W sumie to już jego 17 poważny wypadek. "Najbardziej muszę uważać w piątki trzynastego" - mówi z powagą Lyne. Jednak mimo że co chwila spotykają go katastrofy, nie traci pogody ducha. "Dobrze, że jeszcze żyję" - cieszy się Brytyjczyk. Jedno go tylko martwi. Że zamiast mu współczuć, cała rodzina po prostu się z niego nabija.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|