Florin miał już do ślubu wszystko dopięte na ostatni guzik. Ksiądz był zamówiony, sala weselna - zarezerwowana. Miał nawet suknię ślubną i obrączki. Brakowało tylko jednego - panny młodej. Bo na cztery dni przed ślubem, oryginalna wybranka dała dyla. I zostawiła Florina ze wszystkim. Na chwilę się załamał, ale po chwili wpadł na rewolucyjny pomysł. Postanowił znaleźć nową kandydatkę. Warunek był tylko jeden - musi wymiarami pasować do sukni i obrączki.
Jak pomyślał, tak zrobił. Po sąsiadach rozpuścił wieści, że szuka wymiarowej żony. I nie musiał czekać długo. Idealna kandydatka zjawiła się już po kilku godzinach. "Wiedziałem, że to ona, gdy ją tylko zobaczyłem" - opowiada Florin o młodziutkiej Anie Marii z tej samej wioski, na której suknia i obrączka leżały jak ulał. I zapewnia, że nie chodzi mu tylko o racjonalizm. "To była miłość od pierwszego wejrzenia" - cieszy się Florin.
Miejmy nadzieję, że nowa narzeczona też tak myśli i nie czmychnie mu sprzed ołtarza. Bo - jeśli wierzyć Florinowi - żadna inna kandydatka nie mieściła się w suknię. Więc jeśli Ana ucieknie, to drugiego takiego Kopciuszka pechowy pan młody długo nie znajdzie.