Takiego scenariusza nie powstydziliby się komicy z grupy Monty Pythona. Szwajcarski Front Wyzwolenia Zwierząt pracował nad akcją od kilku tygodni. Jego członkowie wysłali nawet do dyrektora cyrku "Royal" ostrzeżenie, że jeśli sam nie odda tygrysa do zoo, to oni - za wszelką cenę - zrobią to za niego.
Dyrektor nie kiwnął nawet palcem. Ekolodzy wkradli się zatem do cyrkowych klatek i... zwątpili. Okazało się, że bestia nie wygląda na zbyt chętną do spacerów z jej wyzwolicielami.
Ekolodzy uznali jednak, że skoro już są w środku, nie mogą wyjść bez łupu. Złapali więc to, co im się nawinęło: małego, białego króliczka. Na miejscu "zbrodni" zostawili pamiątkowe zdjęcie - "ku przestrodze". Widniała na nim grupa przebranych w wojskowe stroje aktywistów trzymających wystraszonego futrzaka.
Akcja jednak nie zrobiła na dyrekcji cyrku większego wrażenia. Bo - jak się okazało - króliczek nawet nie występował w cyrkowych przedstawieniach. Był po prostu pupilkiem... córki miejscowego clowna.