Ten pomysł już od dawna chodził po głowie choreografowi Maćkowi Zakliczyńskiemu. Jednak taki utwór wydawał się ryzykowny w telewizyjnym show. Kiedy go usłyszałem, poczułem, że to coś
dla mnie, coś do przekazania ode mnie widzowi. Marek Egurrola, którego przekonywałem do tego wyboru, stwierdził, że ode mnie zależy, jak chcę być zapamiętany. Występów do utworów typowo
tanecznych jest przecież tak wiele. I zatańczyliśmy z Blanką nokturn op. 9 nr 2 Fryderyka Chopina w lekkiej, klasycznej choreografii Maćka. Na treningach ćwiczyliśmy do oryginalnego wykonania
Artura Rubinsteina, podczas finału zaś wirowaliśmy przy dźwiękach orkiestry. W drugiej minucie utworu dodane zostały smyczki, by choć trochę sprostać tamtej mistrzowskiej interpretacji.
Gra, tak jak każdemu, kto się z nią zetknie. To muzyka geniusza i trafia głęboko do serca.
Nawet gdyby tak było, to ja bym o tym nie wiedział. Taka ustawka to byłby, oczywiście, skandal. Ale myślę, że to nieprawda. „TzG” to produkcja TVN, oglądają go widzowie
TVN, którzy śledzą też inne audycje tej stacji, i pewnie dlatego głosują na osoby znane im z innych programów. Ja sam gram w serialu TVN, emitowanym po „Tańcu”.
Nie chcę być uwiązany przez żadną ze stacji, ale też nie czuję, żeby ktoś mnie uwiązywał. Jestem aktorem, a nie pracownikiem telewizji. To zadania aktorskie kierują mnie do różnych
stacji, a nie polityka którejś z nich.
Używam, ale dla żartu, bo jest zabawne.
Może dlatego, że najczęściej spotykaliśmy się na planie i rozmawialiśmy o roli, a może dlatego, że byłem wtedy zmęczony? W moim środowisku znany jestem z tego, że lubię się
wygłupiać. Komedia to mój żywioł. Choć są tacy, którzy uważają, że jestem niemiłym mrukiem, ale nie mam wpływu na to, co ludzie myślą.
Nigdy tego nie ukrywałem ani nie kłamałem. Podczas nagrywania filmików kręconych na potrzeby „TzG” mówiłem wprost, że miałem takie epizody w życiu, ale te fragmenty
akurat nie zostały wyemitowane. Ćwiczyłem zresztą taniec jazzowy, a towarzyski tylko przez półtora roku dziewiętnaście lat temu. Poziom w
„TzG” wielokrotnie przerasta to, co ja jako dzieciaczek trenowałem w podstawówce. Nie wiem, komu zależało na tym, by przylepić mi łatkę kłamcy, ale z pewnością ktoś
miał nadzieję, że coś z tego błota do mnie przylgnie. I prasa kolorowa używała sobie na mnie, ile wlezie.
Za kilka dni zaczynam zdjęcia do IV serii „Teraz albo nigdy!”, a w czerwcu mam szansę otrzeć się o fabułę. Potem spróbuję poszukać swojego miejsca w którymś z
warszawskich teatrów, bo trzeba szkolić warsztat.