Dwa dni od knajpianej bójki emocje opadły i o wszystkim można mówić spokojniej. Teraz Michalczewski się nie wypiera, że brał udział w wielkiej drace na sopockim Monciaku. Twierdzi jednak, że również osoby, które uważają się za pokrzywdzone, nie są bez winy - zauważa "Fakt"

Reklama

"Zostaliśmy sprowokowani przez grupę osiłków. Puściły nam nerwy, doszło do szarpaniny" - mówi "Faktowi" Michalczewski. "Jest mi przykro, że tak to się skończyło, bo nie powinno dojść do takiego zdarzenia" - dodaje bokser.

Wczoraj ze szczegółami "Fakt" opisał nocną bójkę w sopockim lokalu. Tuż po północy do restauracji położonej przy ul. Monte Cassino wkroczył "Tygrys" w asyście kolegów. W środku siedziała już grupa agresywnych mężczyzn. Zaczęło się od pyskówki, a gdy poziom adrenaliny się podniósł, w ruch poszły najpierw pięści, a później stoły. Po pierwszej wymianie ciosów bójka przeniosła się przed restaurację. Według relacji świadków w pościg za jednym z mężczyzn rzucił się Michalczewski. Ten moment nocnej bijatyki "Tygrys" przedstawia inaczej - komentuje bulwarówka.

"Ta sama grupa wdała się w awanturę z jakąś inną ekipą" - tak bokser w rozmowie z "Faktem" opisuje to zdarzenie. "Wtedy ja wraz z kolegami próbowałem rozdzielić walczące strony, aż do przyjazdu policji. Wiem, że potem też się coś działo, ale z tym nie mamy już nic wspólnego" - wyjaśnia bulwarówce Michalczewski.

Pewne jest jedno - jeden z walczących nie będzie dobrze wspominać wakacji w Sopocie. Warszawiak Marcin S. ze złamaną szczęką trafił do gdańskiej kliniki. Sam opowiedzieć o bójce nie mógł, bo lekarze zadrutowali mu żuchwę. Tymczasem policja w Sopocie nadal nie otrzymała żadnej oficjalnej skargi ani zawiadomienia o przestępstwie - stwierdza "Fakt".