Czy opłacało się po 11 latach przerwy wskrzeszać "Big Brothera"?

Edward Miszczak: Przystępowaliśmy do realizacji tego projektu z pewnym niepokojem, nie wiedzieliśmy jak po tak długiej przerwie rynek przyjmie program. Wiedzieliśmy jednocześnie, że w Hiszpanii, w Niemczech, Włoszech, Wielkiej Brytanii czy Francji jest to jedna ze stałych pozycji oferty telewizyjnej. Stacje biją się o to, która będzie miała licencję. Decydując się więc na ten krok nie znaliśmy odpowiedzi, ale chcieliśmy spróbować.

Co się okazało?

Okazało się, że to już nie jest ten „Big Brother”, sprzed lat. Dziś to jest nie tylko dobry program telewizyjny. Ciekawym zjawiskiem w przypadku tego formatu jest przenikanie się telewizji linearnej i Internetu. Ludzie online umawiali się na przykład, żeby wygłosować kogoś z programu w telewizji. Ktoś coś konfabulował na wizji, a fani w Internecie błyskawicznie to weryfikowali. Niektórzy uważają, że Internet wygryzie telewizję. Ja natomiast sądzę, że te światy świetnie się uzupełniają. Niemcy jakiś czas temu zupełnie zrezygnowali ze streamów „Big Brothera” w Internecie. My oferujemy jedno i drugie - to się po prostu sprawdziło.

Dlaczego nie zdecydowaliście się na edycję z celebrytami?

Jest taka wersja, trwa miesiąc. Chcieliśmy jednak najpierw spróbować klasycznie i edycja, którą przygotowujemy na jesień też będzie klasyczna. Nie wykluczamy jednak udziału celebrytów w przyszłości.

Może wzorem TVP, które szykuje "The Voice Senior" spróbujecie z edycją "Big Brother senior"?

"Big Brother" potrzebuje świeżego podejścia. Program oglądają i młodzi i starsi widzowie, ale ci starsi też chcą oglądać młodych, bo dla nich to jest opowieść o tym pokoleniu, o jego języku. Małgorzata Ohme co tydzień miała wspaniałe psychologiczne i socjologiczne komentarze dotyczące tego, co dzieje się w domu. To jest wciąż niesamowity eksperyment społeczny.

Podczas ostatniego festiwalu w Opolu prezes Jacek Kurski powiedział, że TVP jest okradana przez stacje komercyjne z wyników oglądalności, które jego zdaniem nie są miarodajne i przekłamują na rzecz konkurencji. Jak pan to skomentuje?

Badaniami oglądalności zajmują się niezależne firmy badawcze. Jednego dnia TVP chwali się w „Wiadomościach” tym, ile osiągnęli, a drugiego twierdzą, że są okradani. Myślę, że źródłem sukcesu jest robienie po prostu dobrej telewizji.

Wahał się pan z wpuszczeniem na antenę TVN dokumentu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”?

Za tą decyzją stał cały zarząd i podjęliśmy ją bardzo szybko. Uznaliśmy, że dokument należy wyemitować w paśmie i kanale, który zapewni mu największy zasięg. Dlatego zdecydowaliśmy się na TVN i jak się okazało była to słuszna decyzja, film u nas zbudował ponad 4 miliony zasięgu widowni.

Gdyby Tomasz Sekielski przyszedł do pana na etapie tworzenia filmu, weszlibyście w ten projekt?

Nie widzę przeszkód. Zrobiliśmy przecież kilkanaście bardzo mocnych dokumentów na ten temat. O Grand Press otarł się nasz reportaż pokazujący scenę, w której reporter idzie z księdzem do rodziny molestowanego chłopaka. Chłopak opowiedział o molestowaniu tylko dlatego, że zagrożony był jego młodszy brat. To są niesamowite zdjęcia. Uważam, że ludzie chcą angażować się w projekty istotne społecznie, a Internet obecnie umożliwia zarówno zgromadzenie funduszy, jak i emisję materiału. Takim przykładem jest właśnie dokument Sekielskiego. Fajnie, że mu tak wyszło, a my pokazaliśmy film z chęcią i bez żadnych skrótów.