Anna Sobańda: Czy dziennikarstwo ma obecnie jakąś misję?

Maciej Orłoś: Oczywiście, uważam, że dziennikarstwo ma i zawsze będzie miało misję. Tak do tego podchodzę, nie tylko dlatego, że jestem związany z Telewizją Polską, która powinna misję realizować. Uważam, że takie podejście do tego zawodu powinni mieć także dziennikarze niezwiązani z telewizją publiczną. I bardzo wielu ma.

Powiedział pan kiedyś "mam swoje poglądy, ale nie jestem od tego, aby je prezentować". Obecnie zaś trend jest inny, coraz więcej dziennikarzy otwarcie mówi o swoich poglądach, przez co uważani są za bardziej wyrazistych. Nie kusi pana taka opcja?

Ja mam może ten komfort, że nie jestem dziennikarzem publicystycznym i nie mam zbyt wielu okazji, w których moje poglądy mogłyby się uzewnętrzniać. Rozumiem dziennikarzy politycznych, którzy prowadzą rozmowy z politykami i prezentują swoje poglądy chociażby przez pytania, jakie zadają. Nie ma co wskazywać palcem, bo wszyscy wiedzą o kogo chodzi. Być może, gdybym sam prowadził tego typu programy, też bym nie wytrzymywał i dawał sygnały dotyczące tego, jakie sam mam poglądy. W takich rozmowach z politykami jest wiele emocji, dziennikarz też jest człowiekiem i czasami po prostu pęka, szlag go trafia, gdy słyszy rzeczy, z którymi kompletnie się nie zgadza i ja to rozumiem. W takich sytuacjach jest trudno o bezstronność i neutralność. Wydaj mi się jednak, że niektórzy dziennikarze ze zbyt dużą łatwością poddają się takiemu zaszeregowaniu do jednej z opcji światopoglądowych. Wierzę bowiem, że istnieje możliwość dosćć bezstronnego prowadzenia tego typu rozmów.

Czy są dziennikarze, którym udaje się zachować bezstronność?

Oczywiście, moim zdaniem przekładem tego, jak rozmawiać z politykami, jednocześnie nie afiszując się ze swoimi poglądami, są rozmowy prowadzone przez Krzysztofa Ziemca i Bogdana Rymanowskiego. To jest kierunek, który najbardziej mi odpowiada. Pamiętam też wypowiedź jednej z dziennikarek BBC, która poproszona o komentarz na temat jakiegoś polityka powiedziała: "BBC płaci mi za to, żebym nie miała poglądów". I moim zdaniem taka postawa powinna przyświecać przede wszystkim telewizji publicznej, bo to jest wpisane w jej działalność. Uważam, że "Teleexpress" to robi, a przy kampanii wyborczej, robią to także inne programy informacyjne TVP, które są rozliczane z tego, czy każda opcja miała równy czas antenowy.

Są jednak redakcje, w których dziennikarzom nie pozwala się na obiektywizm.

Na szczęście nie dotyczy to mojej redakcji. Nie sądzę, by były takie przypadki w TVP. Ale wątek, który teraz pani porusza, dotyczy kondycji telewizji w ogóle, a w szczególności telewizji publicznej. Można tylko ubolewać nad tym, że telewizja publiczna w naszym kraju nie jest wolna od polityki. Niestety, dopóki jej działalność nie będzie określona odpowiednią ustawą, to się nie zmieni. Niektórzy twierdzą, że to w ogóle nie jest możliwe, bo politycy którzy decydują o kształcie mediów publicznych, nie odetną sobie możliwości wpływania na nie. Ja uważam, że przez te 25 lat wolności bywało dużo gorzej, teraz jest moment uspokojenia, ale tak czy inaczej, dopóki nie będzie dobrej ustawy, zawsze będzie można mówić o jakimś upolitycznieniu telewizji. Ja w ogóle mam ogromne pretensje do polityków o to, że przez te 25 lat wykorzystywali Telewizję Polską do swoich celów i traktowali ją jak narzędzie, a teraz brakuje im woli politycznej do tego, żeby odpowiednią ustawą uregulować funkcjonowanie TVP, zapewnić odpowiednie finansowanie i uzdrowić ją. Moim zdaniem, media publiczne powinny być silne, niezależne i powinny mieć możliwość wypełniania swojej misji, czego obecnie niestety - nie ze swojej winy - nie robią w odpowiednim zakresie. Obecnie media publiczne w Polsce zostały zmuszone do tego, by walczyć nie tylko o widza, ale i o wpływy z reklam.

Myśli pan, że jest szansa na zmianę w tej kwestii?

Jest na to szansa, trwają prace nad ustawą, ale proces legislacyjny jest bardzo długi. Niestety w ogóle się o tym nie mówi, bo to nie jest interesujący temat. Ja do tej pory nie mogę zrozumieć, jak premier Polski może nazwać opłatę abonamentową haraczem. Nie wiem dlaczego politycy nie rozumieją, że Polakom silne media publiczne są bardzo potrzebne.

A może właśnie nie są potrzebne?

Oczywiście, że są. Pomyślmy sobie, co by było, gdyby nie istniały media publiczne. Byłaby jedna wielka "komercha i kaszana", to straszne. Jest więc o co walczyć.

Czy pana zdaniem media w Polsce podzieliły się na te prawicowe i lewicowe?

Faktycznie, mamy taki podział, ale chyba nie jesteśmy w nim odosobnieni. Kupując daną gazetę, czy włączając daną stację telewizyjną, wiemy czego możemy się spodziewać i co tam usłyszymy. Mnie się zawsze podoba jednak, gdy w stacji, która reprezentuje poglądy na przykład lewicowe, występuje osoba o przekonaniach prawicowych i na odwrót. To się czasem zdarza, choć często niestety tylko po to, by na antenie była jatka. Niestety takiego podziału na media prawicowe i lewicowe raczej nie unikniemy. Ja za tym nie przepadam, nie lubię indoktrynacji żadnej strony, dlatego nie oglądam takich mediów. Uważam jednak, że Telewizja Polska jest takim miejscem, w którym widz powinien otrzymywać bezstronny obraz, w którym są zderzane ze sobą różne poglądy, a widz może sam wyciągać wnioski.

Niektórzy są jednak zdania, że telewizja publiczna nie powinna pokazywać różnych poglądów na niektóre kwestie. Mam tu na myśli zarzuty, jakie padły wobec TVP po wyemitowaniu filmu "Nasze matki nasi ojcowie", który prezentował niemieckie spojrzenie na II wojnę światową i wypaczał obraz żołnierzy AK.

Film "Nasze matki, nasi ojcowie" był opatrzony takim komentarzem, że oglądało się go jak dokument historyczny. Kompletnie nie rozumiem tych zastrzeżeń, to jest historia, a my patrzymy na ten obraz z całym swoim bagażem i całą swoją wiedzą i przecież nie ulegamy tej propagandzie, to jest absurd jakiś. Moim zdaniem, to wręcz bardzo ciekawe i telewizja publiczna właśnie powinna takie różne spojrzenia na historię pokazywać. Zresztą, gdyby nie emisja tego serialu, niewiele osób w Polsce wiedziałoby jaka wersja historii prezentowana jest w Niemczech.

A propagandowy film rosyjski "Krym. Droga do ojczyzny"? Co prawda TVP zdementowała, że zamierza pokazać tego obrazu, ale dyskusja zdążyła się rozwinąć.

Tutaj miałbym większe wątpliwości. To jest sprawa świeża, to się dzieje obecnie, a propaganda rosyjska jest w Internecie bardzo obecna, co mnie zresztą wkurza strasznie i nie mogę przeboleć, że nie da się nic z tym zrobić. Tak więc nie jestem pewien, czy akurat taki film powinien być obecnie pokazany.

Jest pan członkiem Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Czy uważa pan, że ta wolność jest obecnie zagrożona? Strona prawa widzi bowiem ograniczenie wolności słowa w poprawności politycznej, strona lewa zaś, upatruje go w karach za obrazę uczuć religijnych.

To zależy, jaką miarę przyłożyć. Ja sam czasem mam obiekcje dotyczące wolności słowa, kiedy czytam jakieś wpisy na forach internetowych i widzę cały ten hejt, to zastanawiam się, czy z tą wolnością słowa coś nie jest przypadkiem źle wymyślone. Na zbyt wiele się ludziom pozwala, ten zalew straszliwego chamstwa i frustracji jest przerażający.

Może to problem braku odpowiedzialności za słowa, jakie padają w Internecie?

Tak, z tym bym się zgodził, nie ma odpowiedzialności za słowa w sieci. Ale może to jest kwestia ceny, jaką musimy zapłacić za wolność słowa.

Natomiast wracając do pytania, mam wątpliwości zarówno co do poprawności politycznej, jak i obrazy uczuć religijnych, chociaż szczerze mówiąc, chyba bardziej do poprawności politycznej. Są pewne granice tego szaleństwa i w momencie, gdy zmienimy słowa wierszyka „Murzynek Bambo w Afryce mieszka”, na „Afrykanin Bambo w Afryce mieszka”, to znaczy, że przekroczyliśmy te granice. Brakuje mi czasami w życiu publicznym zdrowego rozsądku. Oczywiście, gdyby ktoś na środku centrum handlowego zaczął obrzucać wyzwiskami Jezusa Chrystusa, to ja bym się też oburzył. Bo dlaczego tak robi? Nie ważne czy jestem religijny czy nie, to jest po prostu chamskie i może wyrządzić komuś przykrość. Ale kiedy ktoś mnie pyta, czy mamy dziś wolność słowa, to daję mu porównanie tego, jak wyglądało to w okresie PRL-u, a jak wygląda dziś. Czasem słyszę też z prawej strony jakieś zarzuty o brak wolności słowa, więc przytoczę taką anegdotę: 10 kwietnia, w 5. rocznicę katastrofy smoleńskiej, pora emisji "Teleexpressu Extra" w TVP Info została podporządkowana wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu, które chcieliśmy transmitować. Czy w czasach PRLu, byłoby możliwe, aby w Telewizji Polskiej było opóźnienie ze względu na transmisję z jakiegoś wiecu Solidarności? A dziś TVP przesuwa swój program, żeby pokazać wystąpienie szefa opozycyjnego PiS-u. No więc o jakim braku wolności słowa mówimy?

A nie ma pan wrażania, że niekiedy wolność słowa bywa pułapką? Mam tutaj na myśli portale społecznościowe, z których nie wszyscy potrafią korzystać w odpowiedni sposób, a wiele osób publicznych wręcz robi sobie za ich pomocą wizerunkową krzywdę.

Szczerze mówiąc, tego też nie rozumiem. Jak można nie zdefiniować sobie granic i nie mieć świadomości, że media społecznościowe są publiczne, bo każdy ma do nich dostęp? Ja na swoim Facebooku nigdy nie pisałbym o swoich poglądach, choć czasem mnie kusi. Może raz nawet zdarzyło mi się, bo nie wytrzymałem, ale zrobiłem to ze świadomością, że moje słowa trafią na forum. Trzeba jednak mieć świadomość tego, że wpis na Twitterze czy Facebooku to publiczne wyrażenie swojej opinii.

A nie kusi pana taka przestrzeń w sieci, w której mógłby pan wyładować się i opisać swoje spostrzeżenia na temat otaczającej nas rzeczywistości? Mam na myśli na przykład jakiegoś bloga.

Mam czasem takie myśli, że chętnie bym uzewnętrznił swoje poglądy, zwłaszcza, gdy dzieje się coś takiego, że mnie krew zalewa. Jednak do póki pracuję w programie informacyjnym, to nie wolno mi czegoś takiego zrobić, bo tak czy inaczej byłoby to upublicznienie swoich poglądów, co wpływałoby na to, jak odbierają mnie widzowie.

Sądzi pan, że widzowie mogliby mieć z tym problem?

Z punktu widzenia widza, najlepiej jest jeśli taka osoba jak ja jest transparentna w kwestii poglądów. Z tego samego powodu, nie mogę wystąpić w reklamie. Straciłbym przez to wiarygodność.

Od ponad 20 lat jest pan związany z telewizją publiczną, nie kusiły pana przez ten czas media komercyjne?

Parę razy się zdarzyło, ale za słabo mnie kusiły, więc nie było tematu. Poza tym, było to dawno temu, teraz już w ogóle sobie takiej zmiany nie wyobrażam. Lata robią swoje, ten bagaż doświadczeń to duży walor i chyba miałbym za dużo do stracenia. Przede wszystkim dzięki "Teleexpressowi" mam kontakt z ogromną liczbą widzów, z którymi czuję się związany. Co mogłoby mi zrekompensować tę stratę?

Na przykład nowe wyzwania.

I tak miewam nowe wyzwania - obok prowadzenia "Teleexpressu". Na przestrzeni tych 25 lat prowadziłem różne programy i one były istotnym urozmaiceniem w mojej pracy.

Karierę zawodową zaczynał pan jako aktor. Nie tęskni pan za graniem? Czy nie ma pan czasem takich refleksji, że może ta druga droga zawodowa byłaby lepsza, bardziej ekscytująca?

Bardzo rzadko myślę w ten sposób. Zdarza mi się to tylko wtedy, gdy widzę jakiś bardzo dobry film, ostatnio byli to "Bogowie". Wtedy sobie myślę, "o kurczę, w czymś takim to fajnie byłoby zagrać". Tylko, że to nie jest codzienność aktorów. Codzienność aktorów jest zupełnie inna. Niedawno miałem nawet propozycję, żeby zagrać w teatrze. Ale pomyślałem: po co mi to?, czy ja będę wiarygodny w roli kostiumowej?, co ludzie powiedzą?, czy mi się to opłaca?, czy mam na to czas?”. No i odrzuciłem tę propozycję.

Przez te 25 lat pracy w telewizji zdarzyło się panu rozmawiać z naprawdę wielkimi postaciami, nie tylko z Polski, ale i ze świata. Kto był dla pana największym wyzwaniem?

Chyba Bill Gates, który był wtedy najbogatszym człowiekiem w Ameryce, choć jeszcze nie na świecie. Kiedy przyjechał do Polski, był środek lat 90-tych. U nas wówczas komórki i Internet nie były jeszcze w powszechnym użyciu i ja byłem potwornie zestresowany, że muszę rozmawiać o czymś, o czym kompletnie nic nie wiem. Musiałem się solidnie przygotować, ale jakoś to wyszło. Gates był bardzo precyzyjnym i skupionym rozmówcą. Trochę zabrakło mi u niego poczucia humoru, ale on był tak zupełnie z innego świata, że może trudno mu było się wyluzować.

W swojej książce pisze pan, że wystąpienia publiczne to jedna z najbardziej stresujących sytuacji, jaka może nas spotkać. Pan był konferansjerem podczas największych gali w Polsce, czy da się jakoś okiełznać tego typu sytuacje, by nie budziły panicznego lęku?

Oczywiście, że się da i między innymi temu poświęcam swoją książkę. Dla wielu ludzi trema jest ogromnym problemem. Są badania które pokazują, że ludzie najbardziej w życiu boją się śmierci, a później wystąpień publicznych. Przeraża nas wizja bycia obserwowanym i ocenianym. Ja próbuję jednak wytłumaczyć, że owszem, to jest wyzwanie, ale prawie wszyscy jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić.

Czy zdarzyły się panu podczas takich wystąpień jakieś wpadki?

Oczywiście, że się zdarzają, ale chodzi o to, żeby zdarzały się rzadko i żeby nie były poważne. Nauczyłem się też przewidywać momenty, które mogą generować wpadki. Są to na przykład jakieś niebezpieczne zbitki wyrazów, albo trudne nazwiska. Kiedyś na przykład wraz z Grażyną Torbicką mieliśmy okazję prowadzić galę 50-lecia Telewizji Polskiej w Operze Narodowej. Na sali były władze państwowe, władze religijne, władze telewizji , słowem cała Warszawa. Program oczywiście na żywo. I kiedy przedstawialiśmy gości, mówiliśmy "witamy prezydenta wraz z małżonką, witamy premiera wraz z małżonką" itd. Na mnie przypadało przywitanie prymasa Polski i bałem się, że z rozpędu powiem "witamy prymasa Polski wraz z małżonką". To by była wpadka dość znamienna. Na szczęście udało się jej uniknąć. W telewizji też robię wszystko, by wystrzegać się wpadek, bowiem widzowie potrafią być bezlitośni.

Pana książka "Jak występować i zabłysnąć" nie jest kierowana do ludzi mediów. Komu zatem pan ją dedykuje?

Ogólnie jest to poradnik dla tych, którzy z racji swojej pracy, czy innych obowiązków, muszą występować. Dotyczy to szerokiej grupy, bowiem występowanie wpisane jest w wiele zawodów. W tej książce jest wiele konkretnych podpowiedzi i porad, jak sobie poradzić ze stresem, jak się przygotować, by czuć się lepiej podczas występu i by występ był skuteczny. W tyle głowy pisząc ją miałem na myśli jednak głównie ludzi biznesu, bowiem od kilkunastu lat prowadzę szkolenia dla tej grupy zawodowej.

Teraz napisał pan poradnik, ma pan również na swoim koncie bajki dla dzieci. Czy w przyszłości możemy się spodziewać na przykład jakiejś powieści?

Powieści nie, ale jestem w trakcie pisania sztuki teatralnej. Będzie ona dotyczyła szaleństwa naszej rzeczywistości, tego że ludzie za wszelką cenę chcą zostać celebrytami, że błyszczenie jest ważniejsze od jakości. Będzie sporo absurdu ale na temat naszych czasów. Akcja będzie działa się w środowisku teatralno-celebryckim.

Życzę zatem weny przy pisaniu i wystawienia sztuki na deskach teatru.

Dziękuję

Maciej Orłoś - polski aktor, dziennikarz, od 24 lat prezenter Telewizji Polskiej. Od 1991 roku prowadzi program "Teleexpress". Autor dwóch książek dla dzieci, na rynku właśnie ukazał się poradnik jego autorstwa zatytułowany "Jak występować i zabłysnąć"