Rozmawiamy po spektaklu „Klub cmentarny” w Teatrze Kwadrat. O co chodzi? Jakiś szok z tymi Ewami. Ewa Wencel, Ewa Kasprzyk i Ewa Ziętek.

Reklama

To jest szał. Jak ktoś zawoła „Ewa”, to wszystkie trzy pędzimy! Gramy w spektaklu trzy przyjaciółki „na śmierć i życie", że tak powiem ze śmiechem. No ale są jeszcze Lucynka Malec i Marek Siudym. To taka sztuka, gdzie jest dużo śmiechu i refleksji, zadumy nad życiem. Niech widzowie sami przyjdą i ocenią.

Kapif

Jest pani w zespole farsowego Teatru Kwadrat. Może pani powiedzieć o sobie „aktorka komediowa”?

Nie, nie chciałabym tak mówić, gram też role dramatyczne.

Ale szerokiemu widzowi kojarzy się pani z serialami. „M jak miłość”, „Mamuśki”, ostatnio „Czas honoru”.

Moje poważne role teatralne były tak dawno, że widz ich już nie pamięta. Różne te seriale, zupełnie do siebie niepodobne.

Śmiem twierdzić, że „Czas honoru” to najlepszy serial ostatnich czasów!

Bardzo miło mi to słyszeć. Jestem tylko współautorką scenariusza, razem z Jarosławem Sokołem. Teraz jesteśmy w trakcie pisania piątej transzy, czyli ostatniej – akcja będzie już po wojnie.

A dlaczego ukrywała się pani pod pseudonimem Jan Matysiak, pisząc scenariusze pierwszych odcinków „Czasu honoru”?

Bo po sukcesie „Placu Zbawiciela” byłam dosyć popularna i nie chciałam zbytniej zawieruchy wokół własnej osoby. Jestem przede wszystkim aktorką, a praca scenarzystki była dla mnie debiutem. Nie chciałam ściągać na siebie uwagi. Nie chciałam uderzać swym nazwiskiem. Wolałam, aby widz oceniał mą pracę, a nie moją osobę.

To naprawdę udany, poważny serial. Każdą koronkę macie tam przemyślaną. Pod względem scenograficznym i pod względem autentyzmu postaci osiągnęliście wręcz mistrzostwo.

Taką mam nadzieję! Widzowie chwalą tę realizację, że jest taka staranna, co mnie bardzo cieszy. Oczywiście zawsze w pracy zespołowej zamierzenia scenarzystów czasem się rozmijają z rzeczywistością, bo każdy z aktorów, reżyser, każdy z ekipy przynosi własną wrażliwość i to się w różnych kierunkach przepoczwarza.

Przeczytałem, że przy pracy nad „Czasem honoru” jest pani obłożona książkami o tamtych czasach aż po sufit!

No tak to jest, że jeżeli sięga się do takiego materiału, to trzeba się bardzo dużo dowiedzieć, nauczyć.

Reklama

Byliście może zapatrzeni w „Polskie drogi”, inny serial o okupacji zrobiony 40 lat temu?

Nie, nawet nam to przez myśl nie przeszło. Mieliśmy po prostu temat do zrobienia i ostro zabraliśmy się do pracy. Sam pomysł na „Czas honoru” jest autorstwa Jarka Sokoła. Myślę, że serial ten jest bardzo potrzebny młodym ludziom, którzy nie zawsze dowiadują się o takiej naszej historii w szkole.

Zdradzi pani, czy pani serialowa córka, Magdalena Różczka, przeżyje ten koszmar?

Taką mam nadzieję. Proszę oglądać!

Jest pani drugą aktorką, która pisze ostatnio serialowe scenariusze. Agnieszka Pilaszewska wymyśliła zupełnie inny serial, „Przepis na życie”.

A Marysia Ciunelis pisze też „Na dobre i na złe”!

No właśnie. To symptomatyczne. Z czego wynika, że aktorki zabrały się za pisanie scenariuszy?

Nie, nie ma w tym nic dziwnego. Nie wynika to chyba z jakichś ciągot. Ja po prostu dostałam taką propozycję. Może po doświadczeniu z „Placem Zbawiciela”, w którym też miałam mały udział w powstaniu scenariusza, producent Michał Kwieciński i scenarzysta Jarosław Sokół dojrzeli we mnie tego typu potencjał...

Ale z aktorstwa pani nie zrezygnuje?
Na pewno nie! Aktorstwo to moja największa miłość!

Jeszcze z dzieciństwa pamiętam panią ze słynnej roli w spektaklu „Małgosia kontra Małgosia”. Chyba musiała się pani z tej roli długo wyzwalać?

Jestem bardzo zdziwiona, bo bardzo wiele osób po dziś dzień mi o tym mówi. Może dlatego tak wszystkim utkwiła w pamięci, bo była to pierwsza teatralna produkcja, ale podzielona na odcinki, jak serial właśnie. No i ludzie chcieli się wtedy gdzieś przenieść z tych szarych czasów lat 80., a była to opowieść właśnie o przenoszeniu się w czasie.

Potem w pani karierze była cisza i dopiero po latach wyskoczył „Plac Zbawiciela” i wielki pani sukces.

Tak, choć ja intensywnie cały czas pracowałam w teatrze i w teatrze telewizji. Widocznie tak ta kariera była mi pisana...

Kapif

>>>Czytaj także: Wellman? Żadna z niej gwiazda!