PAP Life: - Który swój obraz ceni pan najbardziej?

Reklama

Jacek Yerka: - Trudno powiedzieć, musiałbym zrobić ranking, ale to zmienia się w czasie. Wiem za to, który moment pracy nad obrazem lubię najbardziej. To sam koniec. Zawerniksuje go, kładę się na łóżku i wtedy jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie da się tego z niczym porównać, może jedynie z wewnętrzną radością po dużym wysiłku fizycznym.

PAP Life: - Są ludzie, którzy w takiej chwili czują niedosyt

Jacek Yerka: - Jasne, kończąc obraz, ciągle jeszcze chcę coś zmienić, ulepszyć, ale w pewnym momencie muszę sobie powiedzieć "stop". Doszedłeś tą drogą do końca, dalej nią nie zajdziesz.

PAP Life: - Jest pan jednym z najdroższych polskich malarzy. Pana obraz "Cztery pory roku" został sprzedany w 2010 roku za 69 tys. zł. To dużo?

Reklama

Jacek Yerka: - Moim zdaniem ceny za moje obrazy nie są wygórowane. Realizacja "Czterech pór roku" zajęła mi ponad 3 miesiące intensywnej pracy. Nie rozumiem za to sytuacji, gdy współczesny, przeciętny obraz kosztuje 300-400 tys. zł. To nieporozumienie, nie ma mowy o uzyskiwaniu takich cen, słyszałem, że to może być pranie brudnych pieniędzy.

Reklama

PAP Life: - "Cztery pory roku" to pana cenowy rekord. Dlaczego właśnie ten obraz sprzedał się najdrożej?

Jacek Yerka: - To nie rekord, zrobiłem kilka tryptyków, które były droższe. Ale to obraz z tych bardziej oczywistych, atrakcyjnych na pierwszy rzut oka. Nie myślałem, że go drogo sprzedam, ale kupujący widział i zaakceptował go już we wstępnym szkicu. Potem, po śmierci pierwszego właściciela-kolekcjonera, obraz został sprzedany.

PAP Life: - Obraz ma optymistyczny przekaz. Czy za obrazy wesołe trzeba zapłacić więcej?

Jacek Yerka: - Niektórzy łakną optymizmu, nie chcą się smucić. Są kolekcjonerzy, którym zależy żeby te obrazy nie były przygnębiające, żeby był pogodny nastrój i zdarza mi się coś czasami poprawiać. Ulegam kolekcjonerom zaprzyjaźnionym, gdy sobie tego bardzo życzą, bo ich lubię i dla nich maluję.

PAP Life: - No właśnie - dla nich czy dla siebie?

Jacek Yerka: - W pierwszej kolejności dla siebie, mam pomysł, wizję i chcę to jakoś pokazać w dwóch wymiarach płótna, czuję się nieomal wynalazcą. Ale potem wolę malować do galerii, bo nikt się wtedy nie wtrąca w cały proces twórczy, nie narzeka na nieodpowiednią ramę, na przykład. Czasami, robię jakąś wersję starszego obrazu, gdy kolekcjoner mnie poprosi, ale bardzo tego nie lubię. Malowanie na zamówienie wiąże się z różnymi niespodziankami. Jedni próbują zbijać cenę, a drudzy martwią się o nastrój i kolory.

PAP Life: - Mało, kogo stać na pana obrazy za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jakimś sposobem na możliwość cieszenia się obrazem ulubionego malarza są gicl,e, limitowane serie drukowane na drogim papierze, sygnowane nazwiskiem autora.

Jacek Yerka: - Tak, mało kogo stać na oryginał, a dzięki gicl,e ludzie mogą mieć na ścianach coś, co ich zachwyciło. Można wysłać maila i po jakimś czasie, drukuję to, co ktoś sobie wybrał. Nie mogę drukować gdziekolwiek, bo pliki wychodzą na zewnątrz w sposób niekontrolowany, mam sprawdzone miejsce; papier, właściwie bibuła, najwyższej jakości jest sprowadzana z różnych krajów, musze z wyprzedzeniem złożyć zamówienie.

PAP Life: - Ma pan w Internecie galerię swoich prac i łatwo można się z panem skontaktować. O co pytają w mailach miłośnicy pana malarstwa?

Jacek Yerka: - Najpierw piszą, że coś im się podoba. Pytają, co można by kupić. Najwięcej maili dostaję z obu Ameryk. Zastanawiałem się z moim agentem, czy oni są za tym oceanem bardziej emocjonalni niż inne nacje. Myślę sobie, że gdybym pojechał do Argentyny, Brazylii czy Kolumbii, to byłbym sławnym człowiekiem. A ponad połowa maili jest ze Stanów Zjednoczonych.

PAP Life: - A Polacy?

Jacek Yerka:- Polacy piszą rzadziej, najczęściej ci, co mieszkają w USA i Kanadzie i tam najczęściej wysyłam swoje prace. Moje prace kupują ludzie, którzy chcą je mieć na ścianie, którzy się nimi zachwycają. Nie kupują ich ludzie, którzy inwestują i zamiast sztabki złota kupują mój obraz.

PAP Life: - A przyjmuje pan zlecenia komercyjne?

Jacek Yerka: - Odezwał się do mnie niedawno amerykański browar ze stanu Nevada. Zrobiłem dla nich ładny zameczek w chmurach - bawarski, tak to ujęto w umowie; na potrzeby opakowań, plakatów. Potem trafi to na ich materiały promocyjne. Zapewnili kilka miesięcy spokojnego życia.

PAP Life: - Czy pana prace są podrabiane?

Jacek Yerka: - Ponoć jakieś mój podrobione obrazy wiszą na ścianach mieszkań w Toruniu. Oryginały nie mają prawa tam być, bo 20 lat temu sprzedałem je do Stanów. Chciałem je nawet zobaczyć, ale zgubiłem numer telefonu do człowieka, który miał mnie zaprowadzić. Tak czy inaczej temu, kto to malował nie zazdroszczę. Męczył się pewnie strasznie. Kopiowanie to ciężka praca, żadnej twórczej satysfakcji. W Internecie też pojawiły się jakieś nieudolne kopie; moja sztuka nie nadaje się za bardzo do fałszowania. I niech tak zostanie

Jacek Yerka (dawniej Jacek Jerka, jeszcze dawniej Jacek R. Kowalski) - artysta malarz, autor ok. 400 obrazów, wielu rysunków i plakatów. Jego prace utrzymane są w stylu realizmu magicznego. Ukończył Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Tworzy surrealistyczne kompozycje i baśniowe pejzaże. Najważniejsze wystawy indywidualne: Dusseldorf 1983, Beverly Hills 1998. Prace w wielu prywatnych kolekcjach w kraju i na świecie. W latach 80-tych liczne nagrody i wyróżnienia w konkursach i Biennale plakatu w Barcelonie, Lahti, Mediolanie, Warszawie, Londynie, Bagdadzie. W 1995 roku został laureatem nagrody "World Fantasy Award". Ma 59 lat. Mieszka w Warszawie.

Rozmawiał Tomasz Barański (PAP Life)

tom/ zig/