Od grudnia znów jesteś w „Pytaniu na śniadanie”. Cieszy cię ten powrót?
Oczywiście że tak. Mam już 38 lat, więc właściwie jestem starcem (śmiech), dlatego zawsze staram się robić w życiu rzeczy, na które mam ochotę. A na to miałem wielką ochotę. Głównie ze względu na Marzenę Rogalską, z którą od lat się przyjaźnię, ale też z racji przyjemności jaką daje mi ten program.

Jak wyglądają przygotowania do Pytania?
Wstaję o 5.30, ale ja to lubię. Jem sobie śniadanie, piję kawę i w tej ciszy przeglądam scenariusz. Zawsze wcześniej mamy spotkanie, dostajemy dokumentację. Z niej wiemy jacy będą goście, jakie tematy. Oczywiście czasem to się zmienia, bo to w końcu żywa telewizja. Ale to jest właśnie najpiękniejsze. Gdyby program był nagrywany, to bym w życiu tego nie robił?

Co najbardziej ci się podoba w programie śniadaniowym?
Nic, zupełnie nic (śmiech). Nie mam do tego stosunku. Mnie jako Łukasza Nowickiego interesują trzy rzeczy: możliwość nauczenia się nowego zawodu, spotkania z ciekawymi ludźmi, bo ja kocham ludzi i właśnie fakt, że to wszystko dzieje się na żywo. To jest genialne...

Prowadzisz też teleturniej „Postaw na milion”
W moim życiu wiele rzeczy się zazębia, jestem prezenterem, dziennikarzem, aktorem. Kiedy zacząłem prowadzić „Postaw na milion” doświadczenie, z „Pytania...” bardzo mi pomogło. Teraz z kolei jest mi łatwiej wrócić, bo mam nowy bagaż doświadczeń zdobyty w show. Robiąc te wszystkie rzeczy wierzę, że tworzę jakiś wspólny moduł, dzięki któremu kiedyś będę mógł się uważać za zawodowca. Bo w tej chwili cały czas macam, to Marzena jest prawdziwą prowadzącą, ja improwizuję, nie do końca dobry jestem w puentach, w przepytywaniu gości. Zawsze się boję, że gdy przyjdą koledzy, z którymi gram i zadam nie te pytania, to później usłyszę. – Co ty zwariowałeś, jak się zobaczymy to dostaniesz wpie...

To, że zostałeś prezenterem to przypadek czy plan?
Przypadek. Za to wszystko jest odpowiedzialna właśnie Marzena. Wcześniej przez dziesięć lat grałem w teatrze Ateneum. W międzyczasie nie za dużo tego było, przecież nie będę kłamał, że zrobiłem jakąś gigantyczną karierę, było sporo spektakli, parę ról w serialach, trochę w filmie. Ale się spełniałem. Byłem aktorem i lektorem. Tak naprawdę żyłem z głosu. To mnie uczyniło niezależnym finansowo. Więc nie musiałem robić rzeczy niefajnych. To jest bardzo ważne. Do dziś robię tylko to co sprawia mi przyjemność. Pamiętam, że z żoną i synem siedzieliśmy na kanaryjskiej plaży gdy zadzwoniła Marzena i zapytała czy nie przyszedłbym na casting. Zgodziłem się i tak to się zaczęło.

A co z aktorstwem?
I tu dochodzimy do paradoksu. Dawniej prowadzenie programu wykluczałoby mnie z aktorstwa. Teraz dostaję więcej propozycji, bo stałem się popularny. To kompletna paranoja, bo ja nie stałem się bardziej utalentowany, a wręcz przeciwnie, może nawet mniej, bo zaczynam nabierać pewnych nawyków prezenterskich, pewnej maniery. Ale to nikomu nie przeszkadza, dziś liczy się znana twarz.

Nie bałeś się, że środowisko stwierdzi, że idziesz na łatwiznę?
Mam to w nosie. Już od dawna zajmuję się lektorstwem i przestałem być tylko aktorem. Bywały czasy, że byłem tylko lektorem, a aktorstwo było dodatkiem, dla środowiska od dawna nie jestem tylko aktorem. Dokuczają mi co niektórzy i jaja sobie ze mnie robią pisząc, że jestem Leonardem da Vinci show-biznesu (śmiech). Ale to jest fascynujące, że robię prezenterkę, nagrywam jako lektor, a potem jeszcze idę na zdjęcia, w międzyczasie zrobię jakąś dziennikarską robotę, lub napiszę tekst na płytę Haliny. Mnie się to podoba. Pewnie w żadnym z tych zawodów nie będę nigdy tak naprawdę dobry, bo tak się nie da, ale kładę na to lachę.

To co jest najważniejsze?
Oczywiście, że aktorstwo, za nie dałbym się zabić. Gdybym miał do wyboru duży program i fajną rolę to ani sekundy bym się nie zastanawiał. To jest moje serce, mój świat.

Gdzie jeszcze cię zobaczymy
To nie są jakieś spektakularne role, to nie Polański czy Kutz, ale są to fajne role w serialach. Gram w „Barwach szczęścia”, gdzie wszedłem na stałe do obsady i jestem partnerem Kasi Glinki, i w „Prawie Agaty”, gdzie gram ginekologa.

Twoją wielką pasją są podróże. Masz jeszcze na nie czas?
Coraz mniej. Najbardziej lubię wyruszyć gdzieś sam z plecakiem. W ubiegłym roku zrobiłem cały Kaukaz. W maju na rowerach, a potem w lipcu Azerbejdżan i Gruzję autobusami, autostopem. Choć jest teraz trudniej, to da się wszystko zorganizować. Ale czasem trzeba wybierać. Pamiętam jak grałem w „Magdzie M”, w drugim sezonie już nie zagrałem bo chciałem jechać do Etiopii. Miałem wybór gram, albo podróżuję. Wybrałem Etiopię. Teraz też zrobiłbym to samo. Ale są też trudniejsze wybory. Jak każdy zdrowy człowiek jestem zakochany w swojej rodzinie, swoim dziecku. I to jest kłopot. Piotr ma już 8 lat, więc chcę go powoli wprowadzać w świat podróży. Ale zacznę od małych rzeczy, od wypraw na kajaki, w góry...

>>>Czytaj także: Schejbal nie wróci "Szpilek..."!