Praca w "Dzień Dobry TVN" wymaga wczesnego przybycia do studia. Lubi pan wstawać rano?

Reklama

Marcin Prokop: Nie. To jest dla mnie najtrudniejsze w tej pracy. Teraz wstaję codziennie o godzinie piątej rano, a istnieje prawdopodobieństwo, że będziemy zaczynać program o ósmej i wtedy będę musiał wstawać o 4.30. W lecie da się to przeżyć, ale w zimie o tej godzinie świat zazwyczaj śpi przysypany czterometrową kołdrą śniegu. Wyjście o tej porze z domu jest dla mnie koszmarem.

TVN

Co, oprócz wstawania rano, sprawia panu trudność w tym programie?

Przeskakiwanie z emocji w emocje. Czasem rozmawiamy o ludzkim dramacie, a po kilku minutach wesoło gotujemy w kuchni i robimy ogólny rozgardiasz. Takie tonowanie emocji, żeby nie wyglądało to nieelegancko, jest bardzo trudne. Niełatwe jest też ogarnianie sytuacji wyjątkowych. Taką był m.in. tydzień po katastrofie smoleńskiej. Nie jesteśmy programem newsowym ani publicystycznym i nagle musimy sobie poradzić z wydarzeniem, które przewyższa wszystkie najtęższe głowy w tym kraju. To było trudne.

To odpowiedzialna praca, jest w niej dużo trudnych momentów, ale chyba dobrze tam panu...

Z "Dzień Dobry TVN" i ze mną jest jak z małżeństwem. Czasem mam dość i chciałbym, żeby były już wakacje, a gdy mam przerwę, to bardzo tęsknię. Nie mogę się już doczekać, gdy wejdę do studia i zacznę bajerować ludzi w charakterystyczny dla mnie sposób...



Przez ten program jest pan związany zawodowo i kojarzony z Dorotą Wellman. Wszyscy znają wasz duet...

Nie ma nic fajniejszego niż praca z osobą, którą się lubi, kocha, szanuje i ceni. Każde z nas poza "DDTVN" robi co innego, więc nie mamy kompleksu, że kojarzą nas tylko z duetem Wellman-Prokop. Ciekawe jest to, że mimo tego, że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu i zarzekamy się, że w wakacje nie będziemy się widywać, ani do siebie dzwonić, to po tygodniu już rozmawiamy przez telefon i pytamy się, co słychać i czy wszystko jest ok.

Jakie są pana ulubione fragmenty programu? Te w kuchni?

Raczej nie, bo ani nie jestem jakimś strasznym żarłokiem, ani na gotowaniu się nie znam, więc kuchnia jest moją piętą achillesową. Nie odnajduję się tam za bardzo i raczej staram się niczego nie zepsuć. Najfajniejszym miejscem są dla mnie te dłuższe rozmowy, które zazwyczaj prowadzimy koło 10 rano. Najbardziej kręcą mnie te newsowo-publicystyczne rzeczy. Chciałbym, żeby ten program rozwijał się w tę stronę, a nie w stronę show-biznesu i pustej rozrywki.

Pamięta pan swoje "wpadki" na żywo?

Zazwyczaj, wbrew pozorom, staram się kontrolować to, co mówię. Oczywiście zdarzają się różne zabawne lub mniej zabawne sytuacje. Uważam, że z każdej pomyłki można się jakoś wykaraskać. Najgorsze jest iść w zaparte i udawać, że nic się nie stało. Kiedyś pewna osoba poczuła się urażona moją wypowiedzią. Przeprosiłem ją publicznie i nie miałem z tym problemu. Wszystko jest kwestią dobrego wychowania.