Jest znakomitym komikiem, uwielbianym na Wyspach Brytyjskich za występy w "Czarnej Żmii" u boku Rowana Atkinsona oraz własne satyryczne programy, takie jak telewizyjny show "Fry and Laurie". Ma na koncie przezabawną quasi-sensacyjną powieść "Sprzedawca broni", pracuje nad kolejną, zatytułowaną "Paper Soldier". Wyreżyserował kilka odcinków telewizyjnych seriali, między innymi "Doktora House’a". A teraz ukazała się jego debiutancka płyta "Let Them Talk". Hugh Laurie nie spoczywa na laurach ani na moment.

Nie jadłem kaszy, nie zbierałem plonów

Muzyka jest jego pasją od wczesnej młodości. Komponuje, gra na kilku instrumentach: pianinie, gitarze, saksofonie, harmonijce ustnej i perkusji. A także śpiewa, choć czytanie nut idzie mu opornie. Do tej pory wykorzystywał muzyczny talent niejako przy okazji, wplatając piosenki w swoje estradowe skecze czy tworząc oprawę muzyczną do sztuk. Chciał być mistrzem wioślarstwa, podobnie jak jego ojciec, który reprezentował Anglię w tej dyscyplinie podczas olimpiady w Berlinie w 1936 roku. Twierdzi, że został aktorem przez czysty przypadek, bo tak naprawdę marzył o karierze policjanta w Hongkongu i chciał niczym filmowy Serpico rozwiązywać brudne, korupcyjne afery.

Nie należy bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co mówi ten przystojny mężczyzna o niewinnie błękitnych oczach. Zmyślenie, blaga, żart, ironia, sarkazm – to jego chleb powszedni. Trudno wręcz znaleźć wypowiedź, która byłaby całkowicie na serio. O swojej debiutanckiej, bluesowej płycie mówił tak: "Nie urodziłem się w Alabamie w 1980, ale to już możecie wiedzieć. Nie jadałem kaszy, nie zbierałem plonów ani nigdy nie jeździłem towarowymi wagonami. Żadna Cyganka nie powiedziała niczego mojej matce w chwili mych narodzin (...). Niech ta płyta pokaże, że jestem białym Anglikiem z klasy średniej dokonującym celowego wtargnięcia na teren muzyki i mitu amerykańskiego Południa".

Zaśpiewać o IRA

Wybór bluesowej stylistyki rzeczywiście jest nieprzypadkowy – oprócz uwielbienia dla czarnoskórych muzyków z początku XX wieku Laurie dysponuje idealnym wokalem. Stephen Fry, przyjaciel, współautor komediowych programów i ekranowy partner Lauriego, twierdzi, że chętnie oddałby obie nogi za taki głos. Laurie jednak przez długi czas nie traktował swojego muzycznego talentu serio, wyśpiewując tym wspaniałym głosem różne urocze nonsensy, jak piosenka o wspieraniu terrorystów z IRA czy znakomity protest song w stylu hippie o tym, że na pewno uda nam się naprawić świat – jedyne, co musimy zrobić to... [niewyraźne mamrotanie]. Tak, Laurie jest przede wszystkim stand-upperem i komikiem.

Już na studiach w Cambridge – aktor ma za sobą klasyczną brytyjską edukację: Eton i prestiżowy college – kiedy w wyniku choroby został zmuszony do porzucenia wioślarstwa, dołączył do szkolnego kabaretu The Footlights Club. Tam poznał dwie przyszłe znakomitości: aktorkę Emmę Thompson i początkującego dramatopisarza Stephena Fry’a. Cała trójka zaprzyjaźniła się – Emma i Hugh byli nawet przez krótki okres parą, ale przyszła zdobywczyni Oscarów zerwała z przystojnym wioślarzem, bo wyczerpany treningami często zasypiał na randkach. Szybko też stało sie jasne, że ich talent wykracza poza ramy studenckich wygłupów. Stworzony przez nich popis kabaretowy otrzymał nagrodę na festiwalu w Edynburgu, a to z kolei utorowało im drogę do telewizji, w której wyprodukowali złożony z komediowych skeczy program "Alfresco".


Laurie, Fry i Thompson nadal są bliskimi przyjaciółmi, dzieląc nie tylko prywatne życie, lecz także zawodowe. To Emma, która jako pierwsza zyskała hollywoodzką sławę, ciągnęła za sobą utalentowanego, choć nieznanego szerzej kolegę i załatwiała mu role, m.in. w "Rozważnej i romantycznej" Anga Lee. Artystyczna współpraca z Fry’em, który jest też ojcem chrzestnym trojga dzieci Lauriego, okazała się równie trwała i istotna dla przebiegu kariery obu komików, aktorów i pisarzy. Wspólnie stworzyli m.in. cieszący się wielką popularnością telewizyjny show "Fry and Laurie" oraz miniserial oparty na satyrycznych powieściach P.G. Wodehouse’a "Jeeves and Wooster" – obaj uwielbiają jego pisarstwo. Laurie twierdzi nawet, że gdyby nie lektura Wodehouse’a, byłby tępym przedstawicielem angielskiej klasy średniej, bez większych intelektualnych ambicji i wiodącym nudne życie.

Przy jego inteligencji i poczuciu humoru nuda nie wydaje się zagrożeniem. Choć Laurie przez lata zmagał się z innym demonem – nawracającą kliniczną depresją, częstą przypadłością komików.

Jak wrzód na dupie

W wywiadach chętnie opowiada o swojej depresji, traktując to jako rodzaj społecznego obowiązku wobec rzesz innych chorych, którzy mogą się wstydzić tej przypadłości. Jednak daleki jest od samopobłażania: "Byłem jak wrzód na dupie – opowiada – żałosny i pochłonięty sobą. Uważam, że to szczyt egoizmu mieć depresję i nie próbować z nią walczyć" – mówił w jednym z wywiadów. Zagadnięty przez Emmę Thompson w przekomicznym wywiadzie, którego udzielił dla magazynu "Interview", czy po tych wszystkich doświadczeniach nie został mizantropem, odparł: "Chyba udało mi się pokonać tę skłonność. Wierz mi lub nie, ale choć tego nie okazuję na co dzień, raczej lubię ludzi".

To zupełnie inaczej niż doktor House. Fenomen popularności cynicznego i uzależnionego od leków przeciwbólowych doktorka wymyka się łatwej analizie. Publiczność pokochała tę postać mimo jej oczywistych wad: narcyzmu, socjopatii i skłonności do manipulowania ludźmi. Widzowie uwielbiają jego oschłe poczucie humoru, błyskotliwe riposty i aurę niedostępności, jaka go otacza. Intensywnie błękitne spojrzenie Hugh Lauriego też pewnie ma coś do rzeczy. Sam aktor przyznaje, że jest zaskoczony tym, jak bardzo publika, zwłaszcza amerykańska, którą podejrzewałby raczej o sentymentalne skłonności, mogła polubić kogoś tak na wskroś i brutalnie cynicznego jak House.

Na domiar złego jestem aktorem

Zdrowy dystans do własnej sławy ratuje go przed popadnięciem w hollywoodzkie gwiazdorstwo. Zgodnie ze swoją naturą i z tego potrafi się śmiać: "Na domiar złego jestem aktorem. Jednym z tych rozpieszczonych przygłupów, którzy nie kupili kawałka chleba od dekady i nie potrafią sobie poradzić na lotnisku bez opiekunki. Nie zdziwiłoby mnie, gdybym odkrył, że mam jakiś chiński znak wytatuowany na tyłku. Albo łokciu. Wszystko jedno" – pisze Laurie na stronie poświęconej debiutanckiej płycie www.hughlaurieblues.com.

Przystojny, inteligentny, wszechstronnie utalentowany i z fantastycznym poczuciem humoru. Hugh Laurie niebezpiecznie zbliża się do ideału. I ma nam do zaoferowania o wiele więcej niż tę jedną kreację w medycznym tasiemcu. By się o tym przekonać, warto przeczytać jego książkę (ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa W.A.B.) lub posłuchać płyty. Laurie jest lepszy nawet od House’a.