Kim spośród granych przez siebie bohaterów chciałbyś być?
James Purefoy: Chętnie wrócę do skóry ściganego przez diabła Marka Antoniusza. Gdybym jednak mógł sobie wybrać inne życie to zdecydowanie chciałbym być miliarderem filantropem.

Czy to prawda, że postać "Filantropa" wzorowana jest na prawdziwej osobie?
Owszem. Jej pierwowzorem jest Bobby Sager – amerykański milioner, który pewnego dnia doszedł do wielkich pieniędzy i wniosku, że ma już wszystko, ale wciąż nie jest szczęśliwy. Założył więc organizację charytatywną i razem z rodziną zaczął pomagać potrzebującym.

Miałeś okazję poznać go osobiście?
Tak. Spędziłem z nim sporo czasu. Imponowało mi zaangażowanie Sagera i jego stosunek do innych. Mam nadzieję, że dzięki niemu stałem się bardziej otwarty na ludzi. Wszystkich, a nie tylko tych z naszego głupiego biznesu.

Sager zgodził się z wyborem twojej osoby do roli w serialu o nim?
Nie mam pojęcia. Pewnie tak. "Filantrop" nie jest jego biografią w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz produkcją zainpirowaną jego życiem.

Pierwszy raz zagrałeś w amerykańskim hicie serialowym?
Wcześniej był "Rzym" – fantastyczne widowisko, które zmieniło moje życie. Nie tylko dlatego, że rola Marka Antoniusza, boże błogosław mu, przyniosła mi popularność. Myślę, że była to jedna z ostatnich wielkich produkcji telewizyjnych. Każdy odcinek kosztował przecież 10 milionów dolarów, a przez dwa lata wydano ich 220. Powstała jedna z najwspanialszych scenografii, jakie kiedykolwiek zbudowano na potrzeby filmu. Potem niestety spora ich część spłonęła w tym nieszczęsnym pożarze. Mimo to jednak niegdy nie zrozumiem decyzji producentów o rezygnacji z kręcenia trzeciego sezonu "Rzymu".

"Filantrop" nie tylko pomaga potrzebującym, ale co chwilę pakuje się w kłopoty. Jest prawie jak Indiana Jones. Często grywasz w filmach przygodowych?
Z jakiegoś powodu właśnie takie role dostaje. I dobrze, bo moim bohaterom przydarzają się ciekawsze rzeczy niż innym śmiertelnikom, a ja lubię grywać niezwyklych ludzi.

W Hollywood nie mają zbyt wielu wysokich aktorow i muszą zatrudniać Australijczyków w typie Hugh Jackmana czy Josha Brolina. W Wielkiej Brytanii jest podobnie?
Na Wsypach jest nas czterech czy pięciu i wciąż spotykamy się na tych samych planach filmowych. Jest jednak coś co mnie spośród nich wyróżnia – jestem świetny w przeklinaniu. Śmiem nawet twierdzić, że najlepszy.

Masz jeszcze jeden talent – dobrze posługujesz się szablą.
To kwestia genów i sporego doświadczenia. Szermierki nauczyłem się w szkole aktorskiej, a potem przez trzy kolejne lata codziennie machałem szpadą w spektaklu The Royal Shakespeare Company. Umiejętność ta przydała mi się też w pracy nad filmami "Solomon Kane" i "Ironclad" – klasycznym obrazie płaszcza i szpady, w którym miałem przyjemność partnerować Derekowi Jacobiemu oraz całemu gronu świetnych brytyjskich aktorów.

Wracając do "Filantropa", powstało osiem odcinków serialu. Myślisz, że będą dalsze sezony?
Obawiam się, że ludzie od dramatów traktujących, nawet w lżejszy sposób, o poważnych problemach, wolą oglądać głupkowate reality show. A tych jest w telewizji coraz więcej, również dlatego, że są o wiele tańsze w produkcji. Przed nami więc chude lata dla dobrych produkcji.

Masz jakąś ulubioną kwestię, która pada z ust twego bohatera brytyjskiego milionera Teddy'ego Rista?
Życie nie jest zwykle tak interesujące, jak byś chciał, więc musisz trochę zmyślać.

Rozmawiała Reese Esposito/IFA/Syndykat Autorów