Julia Child w Europie stała się szerzej znana głównie dzięki znakomitej roli Streep, która tak żywo sportretowała ją w filmie Nory Ephron. W Ameryce jest ikoną – jej książki kucharskie i, zwłaszcza, telewizyjne programy cieszą się wyjątkowym powodzeniem. Child, żona dyplomaty, podczas pobytu na placówce we Francji w latach 50., aby nie zwariować z nudów, zajęła się gotowaniem jako stosownym hobby dla damy.

Wkrótce okazało się, że kuchnia francuska jest jej prawdziwą pasją, zaś dzięki nietuzinkowej osobowości zdołała przekazać swoje kuchenne doświadczenia milionom amerykańskich gospodyń domowych jako wspaniałą przygodę, w której warto wziąć udział. Jej słynne programy na żywo, podczas których gotowała, żartowała, machała długimi rękoma (była bardzo wysoka – mierzyła blisko 190 cm) i popełniała zabawne faux pas, cieszyły się wielką popularnością.

Naturalność, wdzięk, poczucie humoru i nieszablonowe podejście do sztuki kulinarnej uczyniły z Julii Child z jednej strony ikonę, z drugiej zaś trudne aktorskie zadanie. Trudno jest bowiem odegrać na ekranie kogoś tak charakterystycznego, unikając karykatury i szarżowania. Takiemu wyzwaniu mogła podołać jedynie Meryl Streep, aktorka, która według powszechnej i zgodnej opinii potrafi zagrać wszystko.


Julia Child w jej wykonaniu jest jednocześnie zabawną i przejmującą postacią. Śmiejemy się z jej przesadnej ekspresji, nieco groteskowej fizyczności i nieporadnej francuszczyzny. Ale czujemy też szacunek i podziw dla kobiety, która siłą charakteru i pogodą ducha przeciwstawia się wszelkim życiowym smutkom i tragediom. Dzięki wybitnej kreacji Meryl Streep film "Julie i Julia" jest czymś znacznie głębszym niż tylko pogodną komedyjką o kuchennych podbojach. I to ją będziemy pamiętać po latach.

Jak zauważyli głównie amerykańscy krytycy, wyczuleni na tego typu niuanse, dla Streep była to też okazja, by wypracować kolejny w swoim dorobku akcent – amerykański, gdy mówi po francusku. Aktorka słynie bowiem z niezwykłej łatwości, z jaką podrabia rozmaite akcenty: z zachodniej Pennsylwanii w "Łowcy jeleni" (1978), z Oklahomy w "Silkwood" (1983), polski w "Wyborze Zofii" (1982), australijski w "Krzyku w ciemności" (1988) czy kenijsko-duński w "Pożegnaniu z Afryką" (1985).

To niewątpliwie jedna z miar mistrzostwa Streep i jej umiejętności przeobrażania się na potrzeby roli. Inną stanowią niemożliwe chyba do pobicia rekordy w ilości nominacji do prestiżowych nagród. Meryl ma na koncie 16 nominacji oscarowych oraz dwie wygrane statuetki ("Sprawa Kramerów" i "Wybór Zofii"). Aż 25 razy była nominowana do Złotych Globów, wygrywając siedmiokrotnie ("Sprawa Kramerów", "Kochanica Francuza", "Wybór Zofii", "Adaptacja", "Anioły w Ameryce", "Diabeł ubiera się u Prady" oraz "Julie i Julia"). Zdobyła także dwie nagrody Emmy ("Holocaust", "Anioły w Ameryce") i aktorskie wyróżnienie w Cannes ("Krzyk w ciemności").


Właściwie trudno sobie wyobrazić rozpoczynający się niebawem sezon branżowych nagród przemysłu filmowego bez Meryl Streep. W tym roku jednak chyba dojdzie do takiego precedensu – aktorka nie wystąpiła w 2010 roku w żadnym filmie, który byłby typowany w wyścigu po Oscary czy Złote Globy. Na szczęście w przyszłym roku zobaczymy ją w roli Margaret Thatcher w biograficznym dramacie o życiu Żelaznej Damy. Co najmniej nominacja gwarantowana – a może wreszcie trzeci Oscar?

Choć właściwie ktoś tak wybitny jak Streep nie potrzebuje już żadnych statuetek dla potwierdzenia swojego talentu. Aktorka, która potrafi stworzyć kreacje w tak różnych filmach jak wstrząsający dramat w rodzaju "Wyboru Zofii" z jednej strony, a z drugiej średnio udana muzyczna komedia "Mamma Mia!", w której tylko Streep daje się oglądać – musi mieć poczucie własnej mocy.

JULIE I JULIA | USA 2009 | reż. Nora Ephron | HBO | niedziela, godz. 20.10