Media społecznościowe zdominowane były ostatnio trzema, rozgrzewającymi do nieprzytomności, dyskusjami. Polityka i szczepionki będą tu powracały jak bumerang, za każdym razem, gdy ognisko zarazy będzie próbowało zdominować nasze światy. Polaryzujące dyskusje na temat związany z kulturą należą w Polsce do rzadkości. Stąd prosty wniosek, że „Ślepnąc od świateł” już osiągnęło sukces, o jakim nie mogła pomarzyć żadna produkcja rodzima, ani zagraniczne wielkości, z „Grą o tron” włącznie. Ciekaw jestem statystyk wpisów, skrupulatnie zbieranych przez roboty wynajęte przez marketingowców, które (wpisy, nie roboty) pokażą, jak mocno produkcja, pokazywana przecież w dostępnym zdecydowanie nie dla wszystkich HBO, rozpaliła nasze głowy. Jedno jest pewne: grupa obojętnych, którzy przejdą obok polskiego serialu wzruszając ramionami jest wyjątkowo mała.

Wojna o „Ślepnąc od świateł” toczy się na kilku płaszczyznach. Kalumnie i wiadra pomyj wylewają na siebie sprzeczający się o poziom autentyzmu, odniesienia do rzeczywistości. Serial kręcony niemal w całości w Warszawie, pokazuje stolicę w sposób piękny, czasem stalowo-szary, czasem przaśno-blokowiskowy. Mamy tu i kluby służące do kojarzenia par na krócej niż jedną noc, i apartamenty do których wzdycha z zazdrością każdy korposzczur, i świat wege-Wigilii, i prymitywnych karków balansujących na styku tych krain. Czy jedziemy autem po pięknych ulicach, czy zaglądamy w brud blokowiska przechadzając się pomiędzy pamiętającymi Edwarda Gierka garażami zamykanymi na dwa drewniane skrzydła – świat jest uwodzący, namalowany czasem pastelową, czasem pulsującą neonami i stroboświatłami barwą. Nie ma brzydkich miejsc, jest tylko pytanie gdzie i jak ustawić kamery i światła na plan uczą nas twórcy ośmiu odcinków dzieła, które zwie się – nomen omen - „Ślepnąc od świateł”.

Pytania o autentyczność rozpalają, kiedy dochodzimy do języka jakim posługują się bohaterowie. Bez wątpienia wysyp „kur..” i „chu…” należy momentami do tych, które zawstydzić mogą samego Patryka Vegę. Język polski (?) budowany jest tu momentami tak, jak na ulicy, czyli grupa 10-15 słów powszechnie uważanych za niecenzuralne stanowi punkt wyjścia do tworzenia zdań, czasowników i rzeczowników. Ale i płynnie, po przekroczeniu bram, furtek i drzwi obrotowych, jak w przypadku chłopaka z ulicy, który rankiem odbija kartę na bramce, by uwolnić kołowrotek, zamienia się w polszczyznę sztuczną od próby wejścia na wyższy poziom. Bluźnią tu wszyscy, a różnica jest taka, że jeśli ktoś jest przedstawicielem świata „wyższego”, potrafi z kilku pikantnych słów stworzyć bardziej rozwinięte konstrukcje.

Ale na tym nie koniec: ci widzowie HBO, którzy na co dzień obserwują świat przez pryzmat tego, co widać z auta, telewizora i na smartfonie nie przyjmują relacji, jakimi rządzą się powiązania w świecie mafijno-narkotykowym. Rozumiem, że wyparcie jest najprostszym sposobem na odrzucenie niewygodnego, ale polecam sięgnięcie – tam gdzie jest to możliwe – po akta dotyczące zorganizowanej przestępczości. Szczególnie wywiady z ludźmi prostymi, którym dano miliony, kokainę na sprzedaż i pistolet do ręki. I geja-prokuratora, który z tym wszystkim stara się zrobić porządek.

- Tak nie wygląda świat, nikt nie mówi tak, jak główny bohater – krzyczą na siebie obserwujący „Ślepnąc od świateł”. Kamila Nożyńskiego rzeczywiście ciężko pokochać od pierwszego wejrzenia. Naturszczyk raper pojawiający się obok eksplodujących swą gra Chabiora, Więckiewicza, Pazury czy Frycza, jako kontrapunkt o mimice pokerowego mistrza świata i sposobie mówienia przypominającym generator mowy Ivona wkurza najokrutniej, zmuszając nawet najbardziej kulturalnych zazwyczaj ludzi do komentowania jego aktorstwa językiem jakby żywcem wyjętym właśnie z „Ślepnąc od świateł”. Co więcej, nawet prowokowany scenariuszem Nożyński zachowuje spokój konsekwentnie robiąc swoje, a za co pewnie z czasem zostanie doceniony bardziej, niż jest oceniany dziś.

Jakub Żulczyk (autor książki i scenariusza) oraz Krzysztof Skonieczny (reżyser) grają naszą wyobraźnią jasno odnosząc się do wydarzeń, które znamy z mediów. Dealer gwiazd, celebryta zabijający pod wpływem używek, znane od „Ziemi obiecanej” pożary pod ubezpieczenia. Odnoszą się też (przeciwnicy zakrzykną: o zgrozo!) do klasyki filmowej i serialowej, flirtując (słyszałem też głosy niemal zarzucające plagiat) z tematami doskonale nam znanymi. Mamy tu i trochę z „Rodziny Soprano” i „Ojca Chrzestnego”. Mamy jasne, bo wprost przeniesione patenty z „Sense8” czy „Magnolii” i najbardziej kontrowersyjną chyba scenę z wykorzystaniem „Nienawiści” zespołu Myslovitz.

Jest też trochę i z metaforyczności magicznego świata w rosyjskiej „Straży nocnej”. Mnie zachwyciła kpina z cukierkowości polskiego Bożego Narodzenia, jaką znamy z chociażby „Listów do M.”. Po „Ślepnąc od świateł” oglądanie mdłych i pseudonostalgicznych scen przy stole i kolędach, które za chwile znów wyleją się z szykowanych na przełom listopada i grudnia polskich komedii romantycznych takie samo już nie będzie. I dobrze.

Muzyka jest tym, co w większości łączy. Bez nagrań, ścieżki dźwiękowej nie byłoby specyfiki produkcji HBO. Od Siekiery po The Streets (które musiało się pojawić chociażby ze względu na kultowe „Blinded By The Lights”) dźwięki są dobierane z wyjątkową precyzją, czasem zaskakując jak z wykorzystaniem LombardowegoAdriatyk, ocean gorący”. Z wyjątkiem tego ostatniego, nie są to przeboje które zna twoja ciotka z „muzycznych uczt” TVP, TVN i Polsatu, ale natychmiast zwracają uwagę dopasowaniem i dograniem. Muzyka jest tu stuprocentowo ważnym komponentem, a znaczenie kulturowe gatunków i rytmów jest kluczem do jak najbardziej dokładnego przyjęcia serialu. Brawa tu po raz kolejny dla Marcina Maseckiego, który nokautuje z ekranu po raz drugi w tym roku (po „Zimnej wojnie”), a którego podróże muzyczne fascynują coraz bardziej.

Łączy też ocena gry aktorskiej. Odczarowano nam wreszcie Jana Frycza, który jest nieśmiertelnym supermafiozem na miarę naszych potrzeb. Kwintesencją zła, brutalnym manipulantem i osobą tak samo pozbawioną moralnych reguł, jak i w sumie zaskakująco niegłupią. Robert Więckiewicz zachwyca w scenach monologów – ten pokazujący go na brzegu basenu w drapaczu chmur, będącym ucieczką nie od ulicy, ale od teściowej, osranych – to cytat – dzieci i wymyślonej, jak podejrzewa, depresji u kobiet, to majstersztyk. Z kolei pojawienie się aktora na scenie wesela zaskakująco mocno przenosi nas w klimat smarzowszczyzny, do której serial też momentami się zbliża. „Ślepnąc od świateł” to też wielka szansa dla grającej Pazinę Marty Malikowskiej. Czy aktorka ją dźwignie? Tu wszystko zależy niestety nie tylko od niej samej, ale i od tego, czy znajdą się kolejne, równie mocne propozycje scenariuszowe.

Problem z przyjęciem „Ślepnąc od świateł” polega więc głównie ma przyjęciu konwencji. To świat, który – jak pokazany w serialu hip-hop – mocno przetrawia to, co było nam już dane, wykorzystując skojarzenia, samplując i zapożyczając tworzy kierunek, którego w polskiej telewizji jeszcze tak wyraziście pokazanego nie było. Oczywiście, że musi denerwować on i tych, którzy przywykli do nadmiernego realizmu i tych, którzy spodziewali się metafizycznego odpału.

Jakże więc pochwalić takie dzieło. Polskie, a jakby takie z amerykańskiego HBO. Ambitnie posługujące się językiem kina, a jednocześnie napier****jące słowami, jaki znamy z naszych ulic. Ale czy tylko? Tony Soprano mówiący co chwila „Jesus fuckin’ Christ” bardzo szybko by się tu odnalazł.

To świat, który wielu się nie spodoba. Ale nie poznać go - wstyd!