Ubiegłoroczna Wigilia w domu państwa Pyrkoszów była jedyna w swoim rodzaju, bowiem aktor w gronie najbliższej rodziny obchodził okrągłe 90. urodziny.

Na początku kwietnia Witold Pyrkosz trafił do szpitala z poważnym zapaleniem płuc. Dwukrotnie doszło do zatrzymania akcji serca i konieczna była reanimacja. Do tego aktor doznał udaru. Zmarł 22 kwietnia.

- Nie mam w tym roku świąt i nie mam życia. Na Wigilię przyjedzie tylko syn z wnuczkami. Zrobię karpia i to będą całe moje święta - wyznaje Krystyna Pyrkosz w rozmowie z „Super Expressem”.

Wdowa otwarcie przyznaje, że po śmierci męża straciła radość życia. - Pozorów nie będę stwarzała. Nie zamierzam nawet ubierać choinki, utnę w lesie kawałek gałązki i tyle. Nie będzie kolorowych bombek, może kupię dla wnuków małą gotową choineczkę, którą postawię na stole i tyle. Mam pół piwnicy świątecznych ozdób, nawet tam po to nie schodzę, nic nie wezmę. Te święta bez Witolda będą bardzo smutne - mówi.

Krystyna Pyrkosz wciąż nie może się pogodzić ze stratą męża, z którym spędziła ponad pół wieku. - Co ja mogę powiedzieć, jest beznadziejnie. Myślałam, że to minie, ale nic nie mija. Czuję się beznadziejnie i radzę sobie beznadziejnie, wszystko jest do kitu - dodaje.

Ponadto wdowa nie może znaleźć sobie miejsca w pustym domu. - Rodzina ma swoje życie, a ja zostałam sama w tym dużym domu. Siedzę codziennie przy kominku, patrzę na zdjęcie męża i mówię mu: „Coś ty mi zrobił!”. Wszyscy mi mówią, że mam się cieszyć, że żył 90 lat. Pewnie, że się cieszyłam, ale mógł jeszcze żyć. Nic już nie będzie tak jak było. Miałam 17 lat, kiedy go poznałam, byliśmy razem 56 lat. Nie umiem żyć sama i nie mogę sobie z tym poradzić - podsumowuje.