Jerzy Stuhr w "Gazecie Wyborczej" zapewnia, że nie zamierza zostać politykiem, ponieważ obawia się, że nie byłby traktowany poważnie. Ponadto aktor zdaje sobie sprawę z pewnej umiejętności, która w rękach polityka mogłaby być niebezpieczna:

Reklama

Nie idę w politykę, bo wiem, że mam tę broń, że umiem mamić ludzi. Jak ja bym się tak dobrze zakręcił, to mógłbym zostać prezydentem. Mówię pani, jakbym przemówił na rynku, to masy by poszły. Połączyłbym Kukiza z panią Szydło i z panem Kaczyńskim. I zawrócił ludziom w głowach.

Prezydentem Jerzy Stuhr być nie zamierza, podobnie jak ministrem kultury:

To by była dla mnie kara. Dostawać na tablecie instrukcje, co mam mówić dziennikarzom? Jako minister walczyłbym tylko o jedno: by procent PKB na kulturę nie był taki lichy. I wprowadziłbym zasadę "ręce precz od ingerencji w kulturę".

Aktor został także poproszony o komentarz na temat bieżących wydarzeń w życiu publicznym:

Reklama

Teraz najbardziej mnie śmieszy udawanie, że się na czymś znamy. Przypomina mi to studenta na egzaminie, który nic nie wie, ale szyje obok, żeby zagadać, żeby tylko coś mówić. No i doskwiera mi u nich ten brak poczuciach humoru. Że to jest takie nadęte wszystko.

Reklama

Są jednak rzeczy, które Jerzego Stuhra bardzo martwią:

Nie śmieszy mnie natomiast ta coraz bardziej napinająca się cięciwa miłosierdzia katolickiego i nienawiści, gdy słyszę na przykład, że mamy nie przyjmować uchodźców, tylko ich wspierać poza granicami. Jak to możliwe, że tak wykluczające się uczucia są w jednym człowieku?! I trochę mnie też przeraża - może dlatego, że pochodzę z prawniczej rodziny - pogarda Polaków dla prawa. To zaczyna się od zbyt szybkiej jazdy i przyzwolenia na niepłacenie alimentów, a kończy na marszałku seniorze, który mówi, że ponad prawem winno być dobro narodu, cokolwiek ono znaczy.