Anna Sobańda: Napisał pan w swojej książce, że felietonów się nie pisze, one piszą się same.

Jerzy Iwaszkiewicz: Tak bywa. Felietonów się nie wymyśla, coś się musi dziać. Jestem w dodatku człowiekiem, leniwym i po co będę myślał dwa razy. Do pisania skłonił mnie profesor Ludwik Rajewski, na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego. Był to mądry człowiek. Pewnego dnia powiedział: „Ty się do niczego nie nadajesz, jedyne co możesz, to pisać felietony”.

Co pan ma na myśli mówiąc, że felietony same się piszą?

Felietonem jest sytuacja, wydarzenie, coś, czego nikt by nie wymyślił.

2-letnia dziewczynka wyszła z domu na mróz. Przed zamarznięciem uratował ją pies, który przykrył ją swoim ciałem i leżał tak do rana, aż zostali znalezieni. Jak mi to opowiadano, miałem gulę w gardle. I to jest wydarzenie, które może zbudować felieton. Dziecko głaskało psa a pies lizał dziecko. Ludzie płakali.

Inna historia. Miałem przyjaciela, nazywał się Zbyszek Neugebauer, był dziennikarzem. W czasie wojny latał jako pilot w RAF-ie, ciekawa postać. Wyjechał do Ameryki, gdzie czasami bywałem jego gościem, a on gotował wówczas wielki gar rosołu. Zachorował od razu bardzo ostro i trafił do hospicjum. Powiedziałem o tym naszemu wspólnemu przyjacielowi z telewizji, Staszkowi Szoen-Wolskiemu. On spojrzał na zegarek i mówi, że dziś już nie zdąży. Następnego dnia wsiadł w samolot, poleciał do Nowego Jorku i pojechał prosto do hospicjum. I tam scena była taka: Zbyszek leżał w łóżku, był już bardzo słaby:

- Masz pół litra? – zapytał.

- Nie mam - odparł Staszek

- To wyp**aj”.

Staszek wyszedł do sklepu, kupił pół litra i pili do rana. Rano Zbyszek umarł. To też jest felieton. Taka jest prawda.

Czy ma pan swój ulubiony tekst?

Ulubiony felieton i fajna historyjka dotyczy Jana Ś. Darujmy sobie nazwisko. Wspaniały aktor i cudowna postać. Wybudował sobie góralską chałupkę nad Zalewem Zegrzyńskim i miał takie hobby, że zapraszał młode aktorki i uczył je prawidłowego akcentu. Pewnego dnia dość ostro uczył jedną z aktorek i weszła na to żona. Zobaczyła co się dzieje, stanęła w drzwiach i powiedziała: „Janie, zapłać pani i chodź na śniadanie”. Tego przecież nikt by nie wymyślił, to się musiało wydarzyć.

Inna historia, która również się wydarzyła, dotyczy przyjaciela Adama, z którym jeździliśmy na nartach. Podczas zawodów w Courchevel we Francji Adam wywalił się za metą, złamał kręgosłup, w miarę lekko, kompresyjnie ale i tak i wsadzili go w gips od pasa w górę. Przyjechaliśmy do Paryża, wysiadamy na dworcu Saint Lazare podtrzymuję Adama, cały jest w gipsie, sam też zbyt prosty nie jestem i tak się razem podpieramy. Podchodzi francuski konduktor i mówi „Panowie, do Lourdes to z peronu 4”.

Czyli, żeby pisać felietony, trzeba dużo przeżyć

Życie nie znosi pustki. Nie można przeżyć życia czekając, aż coś się może wydarzyć. Czasami trzeba coś sprowokować. Startuję w regatach żeglarskich, od 23 lat jestem komandorem i prowadzę regaty dziennikarzy w Mikołajkach. Latem były straszne upały, maczaliśmy koszule w wodzie, aby jakoś wytrzymać. Na brzegu swoje namioty rozstawiła Polfarma, która mierzyła ciśnienie wszystkim, którzy kończyli zawody. Zająłem drugie miejsce, przypływam do brzegu, pani mierzy moje ciśnienie i wychodzi 166. Mówi:

- Oj za dużo proszę pana, proszę się położyć.

- Ale proszę pani, ja właśnie byłem 5 godzin na wodzie i wygrałem regaty.

- A ile pan ma lat?

- 80

- Proszę pana, wolniutko do hotelu, zasłonić zasłony i odpoczywać.

- Ale proszę pani, przecież tłumaczę, że dopiero co wygrałem regaty

- Proszę pana, wolniutko proszę do hotelu.

W swojej najnowszej książce "Piegi na katar" pisze pan o warszawskich salonach. Jako stałego bywalca zapytam więc pana, po co nam te salony?

Salony są i będą, bo ludzie muszą się pokazać. Kobiety istnieją nie po to, żeby miały robotę z facetami, ale żeby same mogły zaistnieć. Łączy się to trochę z polityką. Politycy PiS-u mają zakaz tańczenia i chodzenia na imprezy. Jest to taka partia, w której jak prezes nie umie tańczyć, to inni też mają zabronione, ale kobiety i żony tych polityków są wściekłe. Są to normalne, ładne kobiety, które nie mają się gdzie pokazać i odgrywają się w domu. Jakby politycy PiS-u trochę zatańczyli, to byli by spokojniejsi.

Politycy innych opcji bywają na salonach?

Lubi bywać Ryszard Kalisz. Jako pierwszy z polityków odtańczył rock and rolla na balu Mercedesa w hotelu Sheraton. Okazał się niebezpieczny, kobiety uciekały. Kalisz jest lubiany. Kiedyś, na innym balu, próbował tańczyć Andrzej Olechowski, ale też był groźny dla kobiet.

Wiemy już, że na salonach bywają politycy, choć nie ci z partii Jarosława Kaczyńskiego. Kogo jeszcze można tam spotkać?

Polska jest krajem ładnych, coraz lepiej ubranych kobiet i zrozumiałe, że one chcą się pokazać. Byłem ostatnio na pokazie Paprocki i Brzozowski. Na wybiegu prezentowano kolekcje, ale prawdziwy pokaz mody odbył się na widowni. Świetnie ubierają się polskie dziewczyny. Salony były i zawsze będą, bo są potrzebne. Dopiero od niedawna, czyli od 26 lat zaczęliśmy żyć normalnie, choć teraz nie bardzo wiadomo jak będzie.

Czy warszawskie salony są faktycznie wyłącznie po to, aby kobiety mogły pokazać się w swoich kreacjach?

Nie tylko kobiety, ludzie potrzebują ludzi. Kiedyś, niedaleko filharmonii, jeden z byłych ministrów założył knajpkę Monako, w której politycy spotykali się z biznesem i załatwiali jakieś swoje historie. Prezydent Kwaśniewski się zdenerwował i zakazał tych spotkań. Monaco zlikwidowano co było zresztą bez sensu, bo jak ludzie mają się spotkać to i tak się spotkają. Janusz Głowacki, który jest autorem wstępów do tej, jak i poprzedniej mojej książki "Kot w pralce", napisał takie oto cudowne zdanie: "Wszystko się wali, świat się wali, Titanic utonął, ale bal w hotelu Bryza trwa".

Hotel Bryza często pojawia się w pana felietonach. To kultowe miejsce dla tak zwanej warszawki?

W Bryzie, w mądry sposób wykorzystano ludzką próżność. Hotel jest faktycznie najładniejszy w Polsce, usytuowany nad samym morzem i stał się modny. Jak ktoś nie pojawi się tam w sierpniu, to mówią, że siedzi. Napisałem kiedyś, że hotel Bryza jest jedynym hotelem na świecie, gdzie goście kłaniają się właścicielom, a nie odwrotnie. Przyjęło się.

Napisał pan w jednym z felietonów, że „stara warszawka umarła, a nowa jeszcze się nie narodziła”. Czy w tych obecnych czasach, nowa warszawka ma szansę się narodzić?

Nowa warszawka to przede wszystkim ludzie teatru, kultury, aktorzy. Mają swoje prywatne miejsca. Wszyscy na ogół są złej opinii o tym, co się w dzieje w Polsce, żyją we własnym świecie i pilnują aby nie dostał się do niego nikt z zewnątrz.

Czy to jest główna różnica pomiędzy tym, jak salony wyglądały kiedyś, a jak wyglądają dziś?

Kiedyś wyglądało to tak, że jak był bankiet to na 500-700 osób. Dziś są to mniejsze bardziej kameralne imprezy. Ludzie bardziej chcą pogadać.

A jak ocenia pan nowe pokolenie salonowych bywalców?

Mocno nadęte. Młode pokolenie, już ma pieniądze, ale jest strasznie tym faktem przejęte. Siedzą rozłożeni na fotelach, bardzo dumni z siebie, że mają samochód.

Maryla Rodowicz powiedziała mi kiedyś, że w różnica pomiędzy tym, jak wygląda show biznes dziś, a jak wyglądał przed laty polega na tym, że obecnie artyści się ze sobą nie integrują. Kiedyś po festiwalach w Opolu czy Sopocie odbywały się wielkie biesiady w licznym gronie twórców i muzyków, dziś zaś każdy po swoim występie wsiada w samochód i jedzie na kolejny koncert.

Takie są prawdy, zanikają relacje miedzy ludźmi. Świat stał się szalenie pośpieszny. Wszyscy gonią za pieniędzmi. Polska w dodatku dzieli się na bogatych i biednych, nie ma klasy średniej. Dawniej, każdemu było wszystko jedno, czy ktoś ma pieniądze, czy nie ma. Za czasów mojej młodości, czyli za komuny, nikt nie miał, ale były to takie dziwne czasy, że wszyscy mieli za co się napić. Była przed laty restauracja w Stowarzyszeniu Dziennikarzy na Foksal, teraz też jest ale bez pieniędzy nie wpuszczają. Był tam cudowny, elegancki kelner, pan Orłowski. Przychodził do naszego stolika i zawsze pytał: „Przepraszam bardzo, czy ktoś z państwa ma dzisiaj pieniądze?”. Odpowiadaliśmy zwykle, że tak się składa, iż dziś akurat nie mamy. „Tak myślałem” odpowiadał zwykle pan Orłowski, a następnie przynosił pół litra i mówił: „Rozliczymy się, jak zrobicie karierę”. I tak się stało. To były honorowe czasy. Rozliczyliśmy się z Orłowskim co do złotówki.

Czy dzisiaj są jeszcze takie kultowe miejsca na mapie Warszawy?

Oczywiście ale nie ma tego stylu życia. Wszyscy się spieszą. Każdy udaje, że jest wielki, podjeżdża pod lokal Bentleyem, którego pożyczył, dostał od tatusia, albo ukradł. Tworzy się dystans. Lokale popularne wśród filmowców czy aktorów to chociażby "Kultura" na Krakowskim Przedmieściu , "Na lato" na Rozbrat, albo też nastrojowy club "Cavallo" przy stajniach w Łazienkach.

Czy pana zdaniem plotkarskie media i działalność paparazzi też miały wpływ na takie zamykanie się salonów?

Oczywiście. Proszę zobaczyć, kto pojawia się w tabloidach. Jakieś małe aktorki, celebrytki, które dadzą się złapać. Normalnych, fajniejszych ludzi tam w ogóle nie ma. Tak się porobiło, że w Warszawie przez cały rok jest właściwie jeden bal, na który warto sobie uszyć nową suknię. Jest to bal fundacji „Nie jesteś sam” organizowany przez Bożenę Walter. Na Bal Dziennikarzy zaś przychodzi się głównie po to aby pokazać się na schodach i pogadać.

W jednym z ostatnich felietonów przypomina pan swój tekst sprzed ponad 30 lat, dotyczący autorytetów. Czy uważa pan, że mamy obecnie problem z autorytetami?

Mamy i to ogromny. W tekście zatytułowanym „Osoby godne szacunku”, który napisałem 32 lata temu, zastanawiałem się, jakie osoby w tym kraju zasługują na szacunek. I wie pani, że w latach 80. było ich więcej? Teraz autorytetów prawie w ogóle nie mamy, bo nie potrafimy ich szanować. Został Lech Wałęsa, którego połowa Polski już nie widzi w roli autorytetu, Aleksander Kwaśniewski, który jest autorytetem, ale też nie dla wszystkich, a także Bronisław Komorowski, który zapewnił nam parę lat spokoju, ale tego nikt nie docenia, przegrał wybory a ludzie nie lubią przegranych.

Skąd wzięła się moda na podkopywanie autorytetów w naszym kraju?

To stara sprawa polskich przywar. Po pierwsze Polak nie lubi swojego kraju, a po drugie, Polak nie lubi Polaka. Wcale nie chce być też bogaty, chce być tylko bogatszy od sąsiada. No i tak jest w polskiej tradycji. Jak się uda wpakować sąsiada do kotła i trochę podgotować, to Polak jest szczęśliwy. Na tym to polega. W Polsce w dodatku się nie dyskutuje, w Polsce się niszczy. Taka jest polityka. Kiedy w Ameryce komuś zaczyna się dobrze powodzić, to wszyscy się cieszą. U nas, jak ktoś zaczyna zarabiać pieniądze, to od razu staje się podejrzany.

W Polsce nie szanuje się ludzi, którzy dorobili się dużych pieniędzy.

Oczywiście, proszę zobaczyć, jaka jest oficjalna wykładnia, co robią politycy. Prezes Kaczyński wychodzi i twierdzi, że każdy kto ma pieniądze to w najlepszym wypadku zdobył je w podejrzanych okolicznościach. Nikt w tej sytuacji nie lubi przyznawać się do swoich własnych pieniędzy, bo może to być niebezpieczne. Prezes Kaczyński zaś rządzi krajem, ale nie ma pojęcia co to jest praca.

W Polsce doszło do rzeczy najgorszej, nie szanuje się najlepszych ludzi. Przykładem byli chociażby profesor Bartoszewski, Gieremek czy Mazowiecki. Coraz więcej jest takich, którzy gwiżdżą na autorytety. Polityczne walki powodują w dodatku, że powstają sytuację całkowicie fałszywe. Wiceministrem kultury został Jacek Kurski i gdzie tu mamy szukać kultury?

Jak pan widzi zatem przyszłość polskich salonów?

Będą się rozwijały, zawsze będą potrzebne. Muszą być miejsca – powtórzmy – w których kobiety mogą zabłysnąć. Wiele się zresztą zmienia razem z Warszawą. Powstały właśnie dwa nie codzienne kluby w wysokościowcach. Jeden w domu Cosmopolitan 160 metrów wysokości, 44 piętro na ul. Twardej w pobliżu Placu Grzybowskiego, a drugi zaraz obok na 31. piętrze. Ściany przezroczyste, ze szkła, kto ma lęk wysokości, raczej nie polecamy. Widok zupełnie jak na Manhattanie w Nowym Jorku.

Jerzy Iwaszkiewicz - dziennikarz, felietonista, bywalec warszawskich salonów, narciarz i żeglarz. Od 22 lat Komandor Żeglarskich Mistrzostw Dziennikarzy. Pisał felietony do „Expresu Wieczornego”, był pomysłodawcą „Motoexpressu”, a w latach 1985-1991 prowadzącym magazynu „Winien i ma” w Programie III Polskiego Radia. Współtworzył również magazyn motoryzacyjny „Wrzuć Trójkę”. Przez 10 lat prowadził magazyn „Auto” w TVP2. W tym samym czasie w miesięczniku „Sukces” prowadził kronikę towarzyską. Od 14 pisze felietony, między innymi w dwutygodniku „Viva!” tzw. "Salony Jerzego Iwaszkiewicza". Od 8 maja 2010 jest również komentatorem programu "Szkło kontaktowe" w TVN24.