W pierwszej części wywiadu, pani Maria opowiedziała o swoich sympatiach politycznych, zdradziła, dlaczego nie nazywa siebie patriotką i co sądzi o sprawie Romana Polańskiego. Teraz prezentujemy drugą część rozmowy, podczas której satyryczka porusza takie tematy, jak feminizm, cenzura, i wyraziła swoje zdanie na temat show "Rolnik szuka żony".

Czytaj także: Czubaszek dla dziennik.pl: Nie jestem patriotką, nie znoszę polskiego nadęcia

Anna Sobańda: Pani Mario, czy jest Pani feministką?

Absolutnie nie. Z wieloma, a właściwie z większością postulatów feministek się zgadzam. Z równouprawnieniem, z tym, że kobieta pracująca tak samo jak mężczyzna, powinna tyle samo zarabiać, powinna mieć prawo do pracy zawodowej i tak dalej. Natomiast to, co razi mnie u feministek, to negatywny stosunek do mężczyzn. Nie podoba mi się, że każdy komplement z ich strony odbierany jest negatywnie. Chodzi mi o to, do czego ja byłam przyzwyczajona w czasach młodości czyli, że jakiś pan czasem powiedział jakiś komplement, był miły. Znam kilka feministek, bardzo je lubię, cenię, właściwie wszystkie które znam, to bardzo inteligentne panie i dziwi mnie, że tak je oburza, że jakiś mężczyzna im mówi, że są ładne. To mnie denerwuje u feministek, to przewrażliwienie na punkcie tego, że mężczyzna może zwrócić uwagę na to, że ona jest kobietą. Takie drobne flirty, komplementy, jakie ja pamiętam z czasów młodości, bardzo uprzyjemniały życie. Tak jak ja jestem zdecydowanie za gender, to uważam, że mężczyzna powinien dostrzegać, że kobieta jest kobietą, a kobieta powinna dostrzegać, że on jest mężczyzną, w tym dobrym sensie. Oczywiście nie mam na myśli wulgarności, nagabywania, czy molestowania. Ale taka przyjemna atmosferka między kobietą i mężczyzną, w której on daje do zrozumienia, że ona mu się podoba, a ona to widzi, jest przyjemna. Kazia Szczuka przecież, którą naprawdę bardzo lubię, wylała kiedyś kufel piwa na Mellera, bo będąc naczelnym Playboya zaproponował jej rozbieraną sesję. Rozumiem, że się nie zgodziła, bo ja też bym się nie zgodziła, ale dziwi mnie jej ogromne oburzenie, które ta propozycja wywołała.

Czyli nie przyłączy się Pani do ruchu feministek?

Ja nigdy do niczego nie należałam. Nawet do żadnej partii, co w dawnych czasach było trudne, kiedy pracowało się w radio. Nawet w żadnych demonstracjach nie biorę udziału. Ja strasznie lubię odpowiadać sama za siebie. Bo we mnie jest duże poczucie lojalności i gdybym się gdzieś zapisała, to musiałabym iść na pewne ustępstwa, których ta moja grupa by oczekiwała. Dlatego jestem wolnym strzelcem. Redakcja „Szpilki” była ostatnią, w której pracowałam na etacie i kiedy padła, powiedziałam sobie, że już nigdy nie będę pracowała na etacie. Teraz mam umowy o dzieło i choć wiem, że nazywa się je śmieciowymi, ja je sobie bardzo chwalę. Nie muszę martwić się tym, że pracuję dla konkurencyjnych redakcji, to zależy tylko ode mnie, czy mi jakaś stacja odpowiada. I tak jest z tymi feministkami, na żadną Manifę w życiu bym nie poszła.

W przeszłości też była Pani taką indywidualistką?

Tak, w przeszłości też tak było, mimo, iż sympatyzowałam z Solidarnością, to do głowy mi nie przyszło, żeby się zapisać. I choć działali tam znajomi Janek Pietrzak czy Janek Stanisławski, to ja trzymałam za nich kciuki i bardzo z nimi sympatyzowałam, ale w życiu bym się nie zapisała i to nie dlatego, że się bałam, bo za to się życia nie traciło, nie przesadzajmy. Nie ciągnie mnie po prostu do tłumów. A jak czasem coś chlapnę, bo mi się zdarza, to tylko ja będę za to odpowiadała, a nie jak w przypadku pana Sikorskiego, który ostatnio coś chlapną i całą partia ponosiła konsekwencje. Ja sobie bardzo cenię wolność osobistą. Ktoś kiedyś powiedział o koszmarze wolności, bo wolność to tak naprawdę wcale nie jest taka prosta sprawa. Znajomy męża, Polak, który od 40 lat mieszka w Ameryce, powiedział, że Polacy tej wolności i demokracji muszą się jeszcze nauczyć i ja się z tym zgadzam. Bo myśmy te wolność dostali prawie znienacka i nie wszyscy dają sobie z tym radę.

Czy to ten indywidualizm właśnie jest powodem, dla którego mimo zainteresowania polityką, nigdy czynnie się w nią pani nie zaangażowała?

Myślę że tak. To po pierwsze, a po drugie w przeszłości, w czasach PRLu w ogóle polityka mnie nie interesowała. Kiedy była cenzura, ja pisałam teksty abstrakcyjne, niezwiązane z polityką. Ówczesne czasy i rzeczywistość była dla mnie naturalna, dość ponura ale naturalna. Dlatego nie miałam czegoś takiego, że chciałam iść i z tym walczyć. Była szarzyzna, było to ponure, ale byłam z tym pogodzona.

Czyli nie miała Pani utarczek z cenzurą?

Miałam jedną. Kiedy zaczynałam pisać, a było to w radiowej Trójce, moi koledzy bardzo często mieli interwencje cenzury, która przy moich tekstach się nie zdarzała. Zawsze lubiłam humor abstrakcyjny, dlatego uwielbiam Monty Pythona i Woody'ego Allena, u nich polityki właściwie w ogóle nie ma. Więc ja też pisałam teksty abstrakcyjne. Interwencja cenzury trafiła mi się, przy moim słuchowisku zupełnie przypadkowo. Właściwie wszyscy byli wyzwani przez cenzora, tylko ja nie. Początkowo mnie to cieszyło, później poczułam się jakoś tak wykluczona i gorsza. Więc jak raz usłyszałam, że cenzor mnie wzywa, poczułam się dumna. Jak dziecko się ucieszyłam i mówiłam wszystkim, „słuchajcie cenzor mnie wzywa”.

Co cenzor miał Pani do zarzucenia?

No więc kiedy weszłam do niego, powiedział: „Pani Mario, nawet pani zaczyna tak pisać?” Wiec ja go pytam: „ale jak?”. Kiedy on mi puścił ten fragment, spięłam się w miarę swoich możliwości, te szare komórki zaczęły mi pracować i zdziwiło mnie, że nic nie rozumiem. On mi to trzy razy puścił i choć wtedy nie mówiło się „nie rżnij głupa”, to dawał mi do zrozumienia, żebym tego głupa nie rżnęła, bo uważał, że dobrze wiem o co chodzi i celowo to zrobiłam. A ja naprawdę nie wiedziałam. No więc wskazał mi taki fragment, w którym Kazio, czyli Wojtek Pokora przyszedł do cioci, czyli Kwiatkowskiej, a ona go pyta, czemu ma szalik cały w dziurach. No więc on jej odpowiada, że kolory się pogryzły: „widzi ciocia, żółty i czerwony się gryzą”. No więc ja mówię temu cenzorowi, że rzeczywiście gryzą się te kolory. A on na to, świdrując mnie oczami, że przecież czerwony to Związek Radziecki, a żółty to Chiny. No to ja mówię, dobrze, zmienię na zielony i czerwony, a on na to, że zielony to ludowcy. Więc ja mówię fiolet. A on mi na to, "fiolet to biskupi kolor, proszę to wyciąć i koniec". I to była jedyna interwencja cenzury w moją twórczość.

Na szczęście obecnie nie ma cenzury

Krótko mówiąc, bardzo się cieszę, bo to była bzdura, ale widzę jeden plus tej dawnej cenzury. Mianowicie teksty były wówczas bardziej dopracowane, bo każdemy zależało na tym, żeby ją obejść. Tak samo inaczej to było odbierane ze strony widzów, czy słuchaczy. Ludzie nie przychodzili tylko po to, żeby rechotać i się naśmiać, oni wiedzieli, że tam w podtekstach są jakieś aluzyjki. Czyli uważniej słuchali, a nie tylko bili się po udach, zwłaszcza, gdy pada słowo na „ch” czy „k”. Tak więc, te teksty były lepsze, bardziej przemyślane.

Czy Pani zdaniem można śmiać się ze wszystkiego? Bo w naszym kraju są rzeczy, z których śmiać się chyba nie wolno.

To absolutna bzdura. Uważam, że można się śmiać ze wszystkiego, pod warunkiem, że żart jest na jakimś pozimowe, że nie jest prostacki. Na spotkaniach autorskich pytają mnie często, czy na przykład wolno śmiać się z papieża. I ja odpowiadam, że można śmiać się ze wszystkiego. Teraz mnie przeraził atak większości hierarchów kościelnych na Halloween. Jakiś proboszcz apelował ponoć do wiernych, że jak przyjdą dzieci, to żeby spojrzeć im głęboko w oczy i zapytać, czy chcą skończyć w domu wariatów, dać im obrazek kościelny i mówić o opętaniu. Ja to czytałam i pomyślałam, że opętani są ludzie, którzy to wymyślili. Jak ktoś nie chce, nie musi sobie dyni na głowę wsadzać. Ja na przykład jestem za stara, ale jak bym była dzieckiem, to pewnie bym sobie tę dynię na głowę wsadziła, żeby kogoś postraszyć. No i znowu u nas to wszystko jest takie poważne, nadęte.

Może Polacy nie mają poczucia humoru?

Ja myślę, że jak wszyscy ludzie na świecie, jedni mają, inni nie mają, Jedni mają moim zdaniem fajniejsze, bardziej wyrafinowane, a inni mniej. Natomiast zdecydowanie za mało jest autoironii, ludzie nie potrafią śmiać się z siebie.

Ale z innych śmieją się chętnie. Oglądała Pani telewizyjny hit sezonu, czyli „Rolnik szuka żony”?

Tak i powiedzieć, że nie przypadł mi do gustu, to mało. To jest jakiś koszmarny program. Jakieś wulgarne swatanie, zero flirtu, te panienki jak suczki w rui, skaczą prawie na nich, oni je obejmują, sprawdzają, to jakiś koszmar, targ kobiet. Ja bym wolała, żeby okazało się, że te młode, niektóre całkiem fajne dziewczyny zgłosiły się do programu, żeby jakiś reżyser je zauważył. Bo to jest żenujące, że pięć czy sześć kobiet walczy o jednego faceta.

Ludzie najwyraźniej nie podzielają Pani opinii, bo program oglądają miliony widzów.

Mnie to przeraża, dlatego nie jestem dumna, że jestem Polką, jeśli miliony rodaków to oglądają i im się to podoba. Tak samo „Perfekcyjna pani domu”, to program ogłupiający, bo tam są panie, które drżą przed testem białej rękawiczki, jakby chodziło o sprawę życia lub śmierci. Patrzę na to i zastanawiam się, czy to XXI wiek. Tak samo się teraz zrobiło z tym gotowaniem. Ostatnio byłam w „Pytanie u na śniadanie”, wchodzę do studia o 7.40 a tam już śmierdzi smażona ryba. I jeszcze na koniec nagrania podbiega pani z kamerką i pyta, co ja jadam na śniadanie. Wiec jej mówię że nic, bo mi jedzenie na czczo szkodzi i jem tylko o 2 w nocy paróweczki. Dlatego lubię „Szkło kontaktowe”, bo tam nikt nie pichci. Ja w ogóle nie lubię przesady, dlatego przeszkadza mi robienie z tych programów jakiejś ważnej sprawy, podczas, gdy powinna to być zabawa. A uczestnicy podchodzą od tego, jakby od tego zależało ich życie. Tak więc tu gotowanie, ta z tym sprzątaniem, wbija babom do głów, że mają sprzątać dla tych których kochają, a sama, w trakcie trwania programu rozwiodła się z mężem. Ja w jakimś sensie kocham Karolaka, ale naprawdę nie pucuję wanny po nocach i nasz związek się z tego powodu nie rozleci. A jakby miał się rozlecieć, to choćbym wypucowała wszystko własnym językiem, to i tak by się rozpadł. Tak więc tu znów chodzi o ten dystans. Ja nie mówię, żeby nie było takich programów, tylko nie róbmy z tego sprawy życia i śmierci. Mnie to z jednej strony śmieszy, z drugiej strasznie przeraża. Telewizja jest czasem strasznie ogłupiająca te młode dziewczyny jeszcze uwierzą, że muszą pucować wanny, albo nadziewać kaczki ryżem, żeby utrzymać związek. Albo te pięć dziewczyn walczących o jednego rolnika. Straszne.

W Pani „Blogu niecodzienny” autoironii i dystansu nie brakuje. Skąd pomysł na taką książkę?

To był pomysł wydawnictwa, które bardzo polubiłam, czyli Prószyński i S-ka.
Ja ten blog pisałam na zamówienie Wirtualnej Polski, bo to nie tak, że sama z siebie miałam taka potrzebę. Było zamówienie z WP, musiałam pisać co drugi dzień, stąd blog niecodzienny, nie dlatego że taki wyjątkowy, tylko że nie pisany codziennie. Jak Artur Andrus mi obliczył, pisałam to przez 8 lat. Na starość to czas szybko leci, więc mnie się wydawało, że półtora roku, dwa lata góra, a jak się okazuje, było to 8 lat. Na szczęście są to króciutkie formy, bo ja w ogóle uwielbiam krótkie rzeczy czytać, a szczególnie pisać. Ale przez tyle lat trochę się tego nazbierało i jak zobaczyłam tę książkę, to myślałam, o matko, przecież tym można kogoś zabić.

Czyli to nie Pani inicjatywa, tylko wydawnictwa?

Daję słowo honoru, tak się ostatnio zastanowiłam, że przez te 55 lat mojego zawodowego życia, nie było takiej sytuacji, żebym ja wymyśliła jakiś projekt i gdzieś z nim poszła, do kogoś zadzwoniła. Przysięgam, wszystko co zrobiłam było dlatego, że to ktoś do mnie dzwonił, czy coś u mnie zamawiał. I to się nie bierze z mojej zarozumiałości, że to nie ja powinnam chodzić, tylko do mnie powinni dzwonić, wręcz przeciwnie, ja sobie myślę, co ja się będę pchała, jest tyle ludzi, są młodsi ode mnie.

Jak rozumiem, autopromocja nie jest Pani najmocniejszą stroną?

Zupełnie. Na jednym ze spotkań autorskich wszyscy się ze mnie śmiali, bo ja najpierw powiedziałam, że tą książką można kogoś zabić, zastanawiałam się, kto to w ogóle przeczyta, później mnie zapytali, co tam jest, a ja im na to, że nie wiem, pewnie jakieś głupoty. I wtedy Andrus powiedział: „no świetnie promujesz swoją książkę”. Także zupełnie nie mam czegoś takiego, żeby się promować. Jak patrzę na przykład na pana Kołodkę, który zawsze jak jest w jakimś programie, to ma swoją książkę, którą wszystkim rozdaje, to jestem pod wrażeniem. Kiedyś nawet był u Moniki Olejnik, daje jej swoją książkę, a kiedy ona mówi „panie profesorze, ja już mam tę książkę”, to on jej na to, „ja wiem ale ta jest w skórce wydana”.

Jest Pani na emeryturze i wciąż Pani pracuje. Czy to pasja?

Gdyby w przeszłości ktoś mi powiedział, że ja na stare lata będę tak pracowała, to bym nie uwierzyła. I strasznie mnie denerwuje, kiedy ktoś mówi „ale ty to pewnie lubisz”. Nie, ja nigdy nie lubiłam pracować. Ja pracuję bo muszę, bo nie mamy z mężem oszczędności, nie chcę narzekać, po prostu nie potrafimy żyć oszczędnie i nigdy nie oszczędzaliśmy. W tych czasach, kiedy byłam młoda, to sobie myślałam, jak będę stara, to będę miała emeryturę i będę grała w pokera i wygram. Wtedy wierzyłam, że poker to ciężki kawałek chleba, ale pewny. Ale kiedy trochę pograłam, to się przekonałam, że jest to cudowna gra, ale niestety pewny kawałek chleba to nie jest. Krótko mówiąc okazało się, że trzeba pracować i dobrze, że jeszcze jest ta praca.

Na szczęście energia i poczucie humoru wciąż Pani dopisują.

Tak i to jest taki mój apel starej kobiety, mniej powagi, więcej dystansu i autoironii. Jak Szymborska powiedziała, jesteśmy tu tylko na chwilę i wiadomo jak to się skończy, człowiek rodzi się na chwilę, a umiera na zawsze, więc trzeba mieć więcej dystansu do siebie, pośmiejmy się czasem z siebie. Ja się często z siebie śmieję, zresztą razem z Karolakiem tak mamy. On czasem mi mówi, ale ty jesteś śmieszna. Taka śmieszna staruszka.

Maria Czubaszek - publicystka, pisarka, satyryk, autorka tekstów piosenek i scenariuszy. Na swoim koncie ma cztery książki, pięć spektakli i kilkanaście tekstów piosenek. Jest autorką kultowych słuchowisk radiowych "Serwus. jestem nerwus", "Dym z papierosa" i "Małgorzaty jego życia". Współtworzyła scenariusze do seriali "BrzydUla", "Na Wspólnej" i "Psie serce". W improwizowanym serialu "Spadkobiercy" wciela się w postać babci Maggie Mekintosz Owens. W 2009 roku została uhonorowana Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Na rynku właśnie ukazała się jej najnowsza książka "Blog niecodzienny"