Od kilku dni nie milkną kontrowersje wokół najnowszej kampanii promocyjnej marki Medicine, która reklamuje swoje ubrania jako remedium na "ból istnienia" i "zagrożenia cywilizacyjne". Do akcji zaangażowano pisarkę Dorotę Masłowską i artystę wizualnego Macieja Chorążego, którzy zaprojektowali serię koszulek. W opisie kampanii czytamy:

Reklama

Czujesz, że współczesne zagrożenia cywilizacyjne Cię przerastają? Próbujesz uporać się z drażliwością, dyskomfortem, niepokojem? Nie możesz zasnąć? Nie możesz wstać? Jest Ci źle pośród ludzi, a jeszcze gorzej w samotności? Jesteś znużony i niecierpliwy? Zniechęcony? Apatyczny? Mamy rozwiązanie! Po latach badań, prób i testów – wreszcie pojawi się – prawdziwa terapeutyczna kolekcja Medicine: innowacyjne ubrania, które wywierają diametralny wpływ na funkcjonowanie i samopoczucie. Ubrania, które leczą

W materiałach promocyjnych pojawia się informacja, że jest to kreacja artystyczna, a ubrania oczywiście nie mają właściwości leczniczych, jednak wiele osób uznało takie podejście do promowania kolekcji za mocny nietakt. Internauci nie zostawili na kampanii suchej nitki, a wielu wielbicieli twórczości Doroty Masłowskiej poczuło się mocno rozczarowanych. W tym gronie znalazła się Karolina Korwin Piotrowska:

Sama jestem w szoku. Brak empatii, wyczucia, w celu sprzedawania ubran, promocja zakupoholizmu. Szaleństwo

Przedstawiciele Medicine wydali oświadczenie, w którym tłumaczą się z nowej kampanii:

Niniejszym informujemy, że kolekcja autorstwa Doroty Masłowskiej i Macieja Chorążego jest częścią projektu marki Medicine, w ramach którego podejmujemy współprace kreatywne z artystami. Tym samym podkreślamy, że koncepcja kolekcji jest wizją i kreacją artystyczną, w której spotykają się światy mody, sztuki i literatury. Dorota Masłowska i Maciej Chorąży oparli swój pomysł na przewrotnej konwencji, wykorzystując takie narzędzia, jak pastisz czy ironia.

To jednak nie uspokoiło kontrowersji, dlatego głos w dyskusji postanowiła zabrać sama Dorota Masłowska. Pisarka zapewnia, że nigdy nie pozwoliłaby sobie na naśmiewanie się z depresji, bowiem zna zbyt wiele osób, które zmagają się z tym problemem:

Drodzy. Wiele się dzieje, w ostatnich dniach nie tylko zostałam beatyfikowana, ale i uległam gwałtownej debeatyfikacji.

Chodzi o Medicine gate; spieszę wyjaśnić.

Koszulki, które zaprojektowaliśmy z Maćkiem Chorążym już na etapie zapowiedzi wzbudziły duże wzburzenie internautów, którzy po zobaczeniu 15sekundowej dość może niejasnej zajawki ocenili, że naśmiewamy się z depresji.

To niespodziewana i tragicznie opaczna interpretacja naszego całego zamysłu,

który chcieliśmy tu niebawem zaprezentować z nieco większą radością.

Nie moglibyśmy naśmiewać się z depresji. Musielibyśmy wtedy naśmiewać się ze swoich rodzin, przyjaciół i przede wszystkim z, na różnych etapach życia, siebie.

Myślę, że jeśli ktoś czyta cokolwiek, co piszę i mówię, wie, że raczej zastanawiam się nad naszą trudną kondycją w bardzo trudnym świecie. Koszulki są, w lżejszej formie, kontynuacją tej refleksji.

Dalej Masłowska tłumaczy, jaki był zamysł tego kontrowersyjnego projektu:

Reklama

Wymyśliliśmy, że z zewnątrz będą trochę brzydkie, a w środku będą miały „synergiczne napisy lingwistyczne”, które jakoby „leczą” z problemów, bólu i zagrożeń cywilizacyjnych. Język, którego użyłam,imituje bełkotliwość nowomowy farmaceutycznej,

wykorzystujący rozmaite niejasne „dermosynergie” i inny wciskany nam farmazon, język de facto magiczny. Chodziło nam o namówienie potencjalnych nosicieli tych koszulek do pewnej gry z wyobraźnią; fantastyczną i absurdalną,

nie mającą prawa działać supernowoczesną technologię. Oto napis

„nie bój się” na wnętrzu tkaniny będzie z tobą chodził cały dzień i ocierając się o twoją skórę, dodawał ci odwagi. Czy to działa?

Nie. To nie jest prawda. Nie jest to też beka ani żart: to po prostu abstrakcja, fantazja.

Która w obiegu galeryjnym czy literackim, w którym funkcjonujemy na co dzień, spotkałaby się z namysłem, uśmiechem, może ziewnięciem, w obiegu masowym natomiast, rozczytana jeden do jeden, wywołuje moralne wzmożenie. Święty gniew i usypywanie stosu, na którym spalone mają zostać drwiące z ludzkiego cierpienia, niesamowicie konsumpcyjne koszulki

i my razem z nimi.

Na koniec artystka apeluje, by nie doszukiwać się w całym projekcie złych zamiarów:

Przedtem jednak zaklinam: bądźmy czujni, o co się gniewamy i o co wznosimy pięści. Bo w końcu ktoś kupi sobie „Baśnie Braci Grimm” i powie: „wilk zjadł kobiete, a potem ona dalej żyje.

Czuję się urażony tymi okropnymi kłamstwami, one mają olbrzymią szkodliwość społeczną, żądam przeprosin i wpłacenia sto milionów na babcie.” Rozumiem że słusznie i przyjemnie jest powiedzieć nie! złu, ale za naszym pomysłem nie stoi żadne zło, schowajcie te gromy i WTF??!! na lepszą okazję, naprawdę ich teraz nie brakuje.

Tłumaczenia Doroty Masłowskiej nie wszystkich jednak przekonały. Na post pisarki odpowiedziała Małgorzata Halber, która sama zmagała się z depresją:

Może nieśmiało zaznaczę, choć nie dane mi jest obracać się w obiegu galeryjnym, że nie sama koncepcja wywołała sprzeciw ale jej egzekucja. Dopiero z tego oświadczenia dowiaduję się, jaka koncepcja leżała u podstaw projektu. I ta koncepcja do mnie trafia. Natomiast to, co trafiło do obiegu, to 15 sekundowy spot, w którym pojawia się wyliczanka objawów dystymii i depresji. Wyszło po prostu głupio. A pouczanie tych, którzy mówią, że świetny żart nie wyszedł i że zaraz będą pisać zażalenia do rodziny George'a Orwella że zwierzęta nie mówią ludzkim głosem po prostu jakoś martwi. Istnieje coś takiego jak gaslighting społeczny i to jest mówienie grupie, która sygnalizuje problem, że nie zna się na żartach.