Mimo że na początku lat 90. część polskich biznesmenów nosiło garnitury, ich stroje były w złym guście i fatalnej jakości.

To czasy garniturów w kolorach płodów ziemi - kapusty, ziemniaka, buraka. Uzupełniały je krawaty w pastelowe maziaje, mokasyny i białe skarpetki z wyhaftowanymi rakietami tenisowymi - wspomina Monika Jaruzelska, która pracowała wtedy w dziale mody miesięcznika "Twój Styl". Co gorsza, większość uniformów była źle skrojona. Miały np. za szerokie ramiona. Kiedy znani goście siadali w studiu telewizyjnym, ramiona ich marynarek podnosiły się na wysokość uszu - śmieje się Jaruzelska.

Impulsem, który sprawił, że elita biznesu zaczęła się lepiej ubierać, było w połowie lat 90. wkroczenie do Polski zachodnich korporacji. Firmy wymagały od pracowników bardzo klasycznego, rygorystycznego, anglosaskiego dress-code'u. Eksperci, tacy jak Monika Jaruzelska, od podstaw uczyli młodych menedżerów zasad dobrego stylu.

Dress-code to kanon stroju obowiązujący w danym środowisku, miejscu czy czasie. Typy ubiorów funkcjonujące nie tylko w świecie biznesu, ale także polityki czy dyplomacji zostały wypracowane przez Brytyjczyków w XIX wieku i z biegiem lat uległy tylko drobnym modyfikacjom. Za podstawowy należy uznać strój wyjściowy, określany również jako business dress, który nosi się do godziny 20. Jego podstawę, w przypadku mężczyzn, stanowi klasyczny garnitur, koszula i krawat. Bazowymi kolorami dla garnituru są grafit i granat. Koszule powinny być w jasnych kolorach, buty - ciemne.

Skąd ta dbałość o służbową garderobę? Strój pracowników korporacji ma podkreślać ich profesjonalizm i wyrażać szacunek dla klienta - tłumaczy socjolog, dr Jacek Wasilewski. Po drugie, dzięki temu, że w korporacji wszyscy noszą podobne mundury, pracownicy wiedzą, że są częścią większego zespołu i łatwiej ich zintegrować. Co więcej, nie ma, np. epatowania seksem czy manifestowania swojego statusu. W przypadku firm międzynarodowych, jak tłumaczy Wasilewski, dzięki uniformizacji ubioru, pochodzący z różnych krajów pracownicy mogą czuć się bezpieczniej, bo nie uchybią zwyczajom panującym w innych kulturach.

W ostatniej dekadzie dress code, także na świecie, stał się bardziej liberalny. "Odwilż" przyszła z Kalifornii, z Doliny Krzemowej, gdzie mieści się centrum nowych technologii. W zestawieniach najbogatszych ludzi świata zaczęło pojawiać się wielu przedstawicieli branży komputerowej. Osoby pracujące w takich korporacjach jak Google czy Yahoo do dziś wyróżnia duża swoboda w ubiorze. Przykładowo, standardowym zestawem dla współzałożyciela Apple'a, Steva Jobsa, były czarny golf, dżinsy i sportowe buty.

W innych korporacjach nie pozwolono sobie na tak swobodny dress code. Niemniej, doszło do pewnego rozluźnienia sztywnych reguł. Przede wszystkim jednak człowiek korporacji przestał być postrzegany wyłącznie jako pracownik biurowy. Stał się bardziej wielowymiarowy. To znaczy, że ma swoje zainteresowania, interesuje się sztuką, chodzi na wystawy, uprawia sporty ekstremalne - wyjaśnia Jaruzelska. Może też w większym stopniu wyrażać swoje "ja" poprzez ubiór.

Wyrazem liberalizacji dress-code'u było wprowadzenie casual Fridays. Po czterech dniach krępującego ubioru, w piątek pracownikom pozwala się na luźniejszy styl. Panowie mogą wtedy założyć klasyczne dżinsy, sztruksy, koszulkę polo lub sztruksową marynarkę. W inne dni tygodnia kanon ubioru też stał się nieco luźniejszy. Dopuszczono chociażby noszenie delikatnie prążkowanych tkanin czy jasnoróżowych koszul.

Polskim pracownikom nie trzeba już tak często objaśniać oczywistych zasadach, jak np. że pod marynarkę nie powinno się zakładać koszuli z krótkim rękawem. Dyskutuje się o niuansach, co się zmienia w modzie, jaka powinna być szerokość klap marynarki, dla jakiej sylwetki lepsze będą marynarki jednorzędowe, a dla jakich dwurzędowe. Po tym, gdy nauczyliśmy się, jak jeść nożem i widelcem, zastanawiamy się, jakie wino zamówić do posiłku- mówi metaforycznie Jaruzelska.

Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że jeszcze w 89 roku garnitur był wśród polskich biznesmenów rzadkością.

Sztywny ubiór kojarzył się wtedy z działaczami partyjnymi. Oni zawsze nosili garnitury i krawaty. Ten, kto miał na sobie taki uniform, tracił na wiarygodności. Ci, którzy chcieli zdobyć zaufanie i podkreślić, że wywodzą się z ludu, unikali elegancji - mówi Wasilewski. Ikona tamtych czasów, Jacek Kuroń chodził w dżinsach, a Lech Grobelny, twórca Bezpiecznej Kasy Oszczędności, w początkach III RP lubił występować publicznie w dresie i podkoszulku bez rękawów. Pierwszym biznesmenon, którzy zaczynali od rozstawiania łóżek polowych z towarem, "gajer" nie był aż tak potrzebny.