Za niemycie tracisz życie

Jeszcze kilka wieków temu naukowcy udowadniali, jak szybko kąpiący się mężczyźni tracą wigor i nabierają cech eunuchów, a w skrajnych wypadkach stają się bezpłodni. Kobietom pozwalającym sobie na nazbyt częste korzystnie z dobrodziejstwa wody, grozić miały komplikacje podczas połogu lub uszkodzenie płodu. Zdaniem medyków, naturalny zapach ludzkiego ciała był środkiem leczniczym, dlatego co rozsądniejsi chodzili otoczeni grubą sferą intensywnej woni. Znana jest historia szlachcica, który odzyskał zdrowie po terapii intensywnym zapachem dziewic (kobiety nie myły się, po wypróżnieniu podcierały się tym co dała natura, wody używały wyłącznie do obmywania nóg, kiedy zalecili to lekarze).


>>> Jegostrona.pl na Facebooku – polub i bądź na bieżąco >>>


Ma pachnieć, jak pachnie

Mycie się było jednoznaczne z ryzykiem pojawienia się ciężkich chorób. Taki pogląd utrzymywał się aż do końca XVIII wieku. Intensywna woń świadczyć miała tylko o sile, zdrowiu i uroku człowieka, wierzono, że zapach jest afrodyzjakiem, a szczególnie zapach spermy. Barbara Pietkiewicz tak cytuje XVII-wiecznego higienistę: „Krzepki woniejący mężczyzna, tracąc czas na czyszczenie ciała – pisał XVII-wieczny higienista – zniszczyłby siłę swego czaru. Kobieta także powinna strzec zapachu, nic bowiem nie budzi pożądania bardziej niż woń krwi menstruacyjnej i innych płynów ciała (krew ta ma moc niezwykłą, może warzyć mleko i psuć mięso, ale to z niej powstaje w macicy mleko, którym matka karmi z piersi dziecko)”. Zapach spod pach jest wręcz uwodzicielski, podobnie jak zapach spermy. "Pewien arystokrata z zamku nad Loarą miał tę wydzielinę tak silnie pachnącą, że damy w jego obecności mdlały z żądzy" - czytamy w Polityce.

I śmierdzi i pachnie

Paradoksem tej cuchnącej epoki był fakt, że wszyscy bez względu na płeć lubili się czymś nacierać. Olejki, wyciągi z ziół czy kwiatów – nabywały je zarówno panie jak i panowie, jednak dobór mazideł był szczególny.
Wszelkie substancje wybierano tak, aby podkreślamy zapach potu i wydzielin. „I tak jak gorset miał uwypuklić okrągłości ciała – pisze Alain Corbin w książce „We władzy wstrętu” – tak mazidła odzwierzęce powinny podkreślać zapach potu i wydzielin damy. Należało je nakładać od pępka w kierunku macicy, gdyż „wciągają wówczas swoją wonią macicę w dół po wstrząsach doznanych w czasie ataków duszności i waporów, odczuwanych przez damę”- pisze Pietkiewicz.

Powiało z dezodorantu

W XVII i XVIII wieku następują spore zmiany w podejściu do higieny osobistej, jednak nie tak drastyczne, aby pod koniec XIX wieku nie znaleźć zatwardziałych entuzjastów poglądu o szkodliwości kąpieli.
W 1888 r. na rynek wypuszczono pierwszy dezodorant (amerykański MUM 12), a zaraz po nim pojawił się pierwszy dezodorant kulkowy. Jeśli chodzi o mycie ciała to sytuacja poprawiła się gdzieś w środku XX wieku – dopiero wówczas zaczęto używać dezodorantów na umyte ciało. Wkrótce potem ruszyła marketingowa machina produkując tysiące perfum i udowadniając nam, że to te, a nie naturalne ludzkie zapachy są najlepsze. „Dezodorant jest produktem paradoksalnym, który najpierw pozbawia mężczyznę jego naturalnej woni, zbliżającej go do świata zwierzęcości, czyli siły i pożądania, oferując mu w zamian sztuczną substancję i wmawiając, że czyni go ona pociągającym dla kobiety" - czytamy w Polityce.