Prof. Zbigniew Lew-Starowicz w książce "Pan od seksu" (premiera 15 sierpnia) po raz pierwszy tak szeroko opisuje doświadczenia pracy w zawodzie seksuologa. Wspomina m.in. o problemach, jakie w sferze seksualnej miewają politycy. W rozmowie z tvp.info podkreśla, że ze względu na wiek, tryb życia, stres, są oni narażeni na najbardziej typowe dolegliwości. Rozróżnia jednak te, które częściej przydarzają się politykom z poszczególnych stron sceny politycznej.

- Ci bardziej prawicowi politycy miewają dylematy moralne, bo jak osoba o konserwatywnych poglądach, wierząca i praktykująca może być uwikłana w romans? Muszą ukrywać swoje drugie "ja", bo to publiczne "ja" jest katolickie, patriotyczno-konserwatywne. Ci ludzie żyją w schizofrenii, inaczej są odbierani publicznie, a inaczej funkcjonują w rzeczywistości - mówi w rozmowie z tvp.info prof. Zbigniew Lew-Starowicz. Ale podkreśla, że orientacja polityczna nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, ponieważ wszystkich traktuje równo - jak pacjentów.

Ale nie tylko o politykach pisze prof. Lew-Starowicz. Okazuje się, że w jego gabinecie nie raz i nie dwa pojawiali się duchowni. Jak mówi, są trzy grupy zgłaszających się pacjentów w sutannach. - W pierwszej grupie są problemy typowe dla całej reszty pacjentów. Osoba, która się do mnie zgłasza ma takie same problemy w łóżku jak inni mężczyźni: ma zaburzenia erekcji, wytrysku, same normalne rzeczy. Ja czasem dopiero później dowiaduję się, że moim pacjentem jest duchowny - przyznaje seksuolog. Druga grupa to duchowni, którzy nie radzą sobie z celibatem i wszystkim, co się z nim wiąże. Trzecia grupa traktuje go bardziej jako terapeutę, któremu chcą opowiedzieć o "skostniałej strukturze" Kościoła. Prof. Lew-Starowicz przyznaje również, że przychodzą do niego kobiety związane z wysoko postawionymi duchownymi.

Seksuolog przyznaje się również do tego, że przed laty "leczył" z homoseksualizmu prądem. - Proszę nie kojarzyć tego z „Lotem nad kukułczym gniazdem”. Leczenie wyglądało tak, że jeśli homoseksualista oglądał męską pornografię, widać było, że na nią reaguje - dostawał uderzenie prądem. Nie chodziło o to, by ci ludzie tracili przytomność, ale by odbierali ten bodziec jako przykry - tłumaczy. I dodaje, że skutek był tylko krótkotrwały.

- Takie było wtedy podejście. Działałem w dobrej wierze, w dodatku ci pacjenci uważali siebie za chorych. To nie było tak, że ja geja łapałem na ulicy i chciałem "przywracać" społeczeństwu. Oni przychodzili do mnie i prosili, bym ich leczył, byli przekonani, że są chorzy - wyjaśnia.