Na przekór tym, którzy twierdzą, że coś się w moim życiu zepsuło, zdupcyło, mówię: nie! - deklarował aktor zagadnięty przez "Newsweek" o jego nową, dla wielu bardzo zaskakującą rolę prezentera "Pytania na śniadanie".  

Aktor odpowiada na pytanie, po co właściwie zgodził się zostać prezenterem w programie śniadaniowym, w dodatku w duecie, który tylko wywołał lawinę komentarzy, zazwyczaj negatywnych - Zamachowski prowadzi program razem ze swoją obecną życiową partnerką Moniką Richardson. - Nie mam poczucia, że swoją markę, na którą pracowałem całe życie, tanio sprzedałem - zapewnia. I podkreśla, że w obecnych czasach spektrum możliwości uprawiania zawodu aktora szalenie się rozszerzyło

- Dzisiaj adept tego fachu nie musi trafić do teatru czy filmu. Jest mnóstwo aktorów, którzy zostali dziennikarzami, inni są prezenterami. Ja zakładam, że dam radę - deklaruje. I dodaje, że decyzję podjął samodzielnie, świadomie, a w troskę rzekomych strażników jego talentu nie wierzy. 

Czy Zbigniew Zamachowski przekroczył tym samym cienką linię między twórcą kultury a celebrytą? On sam mówi, że najchętniej nie wychodziłby z domu. Z drugiej jednak strony dodaje, że chodzenie na gale i pojawianie się na czerwonym dywanie - co, nie da się ukryć, przed związkiem z Moniką Richardson nie było jego domeną - jest normalnym elementem życia aktora. 

- Jeżeli "Newsweek" zapewni mi pół roku bytowania na odpowiednim poziomie, to z chęcią zaszyję się w pustelni - deklaruje ironicznie Zamachowski, który - jak zwraca uwagę tygodnik - w pierwszym występie na antenie TVP2 zajmował się głównie potakiwaniem, z rzadka próbował coś wtrącić, a na koniec zanurzył zęby w przyrządzonej na wizji porcji mięsa.