Wbrew oczekiwaniom, nie zamierza ośmieszać uczestników „Mam talent!” dla taniego efektu i jeśli ktoś próbuje przyprawić mu gębę łagodnego misia to są to media. "Nie jestem ani misiem przytulanką, ani facetem, który biega po Warszawie z siekierą" - tak Robert Kozyra rozpoczyna wywiad dla Vivy. Pytany o początki pracy w radiu, odpowiada, że kojarzą mu się z zawodem. Pracując w katolickim Radiu Plus rozczarował się środowiskiem duchownych zamieszanych w aferę Stella Maris. „Od tego czasu rozmawiam z Bogiem bez pośredników” – dodaje. Po pierwszych przygodach z gdańskim radiem Robert Kozyra pakuje manatki i wyjeżdża do stolicy.

„Chciałem uczyć młodzież, jak czytać literaturę. Niestety rzeczywistość sprowadziła mnie na ziemię”. Życie boleśnie weryfikuje jego plany. Brak pieniędzy zmusza go do zmiany profesji.

Okres pracy w Radiu Zet wspomina jako bardzo trudny i porównuje go do wojny lub więzienia. Zetce poświęcił 14 lat rezygnując z wolności, która jest dla niego priorytetem. Przyznaje, że jako prezes stracił dla firmy tyle ile mógł, czyli własne życie. „Za bardzo poświęciłem się radiu. Co, oceniając z perspektywy czasu, było irracjonalne” – stwierdza Robert.

Kozyra ze smutkiem przyznaje, że na liście osób, które go zawiodły jest nawet jego bliska przyjaciółka. „Kiedyś znajoma poprosiła mnie o pomoc w ratowaniu upadającej firmy. Przyjaźniliśmy się, pożyczyłem jej wszystko, co miałem. Nie pomyślałem o spisaniu umowy, bo miałem do niej zaufanie. Firma nie tylko przetrwała, ale odniosła sukces. Kiedy jednak upomniałem się o moje pieniądze usłyszałem krótkie: „Sp…”.

Odkąd kilka lat temu stracił najbliższą mu osobę, czasem dopada go samotność. Zwierza się, że mimo wielu sukcesów zawodowych, nie zdołał ułożyć sobie swojego życia prywatnego.

Kozyra przyznaje, że w swojej medialnej karierze nie miał zbyt wiele czasu na sen. „Teraz śpię jak niemowlę. Po dziewięć godzin. To zaskakujące, bo wydawało mi się, że bezsenność jest w pewnym sensie moją drugą naturą” – stwierdza Robert w wywiadzie dla Vivy.