PAP Life: - Czy po udziale w programie zmieniło się pańskie podejście do zagadnień ekologicznych?

Zbigniew Zamachowski: - Nie jestem Don Kichotem, nie mam również złudzeń, że po emisji tego programu wszystko się zmieni. Jedno jest pewne: to, co sam zobaczyłem i to co mogłem oglądać we fragmentach programów z udziałem pozostałych uczestników naprawdę mną wstrząsnęło.

PAP Life: - W takim razie, jakie "ekologiczne uczynki" spełnia pan każdego dnia?

Z.Z.: - We własnym zakresie będę i myślę, że już jestem trochę bardziej uważny na problemy związane z ekologią. Zresztą od dawna w mojej rodzinie ten temat jest aktualny. Może wyda się to kroplą w morzu, ale od lat segregujemy śmieci. Myślę, że jest to krok w dobrą stronę. Gdyby udało sie namówić do tego coraz większą liczbę gospodarstw domowych miałoby to wymierny skutek. Proszę mi wierzyć nie jest to trudne i nie wymaga wiele wysiłku.

Poza tym mam fobię związaną z gaszeniem światła, dbam również o to, żeby woda niepotrzebnie się nie lała. Staram się również tymi "fobiami" zarażać swoje dzieci.

PAP Life: - Razem z panią Moniką Richardson udaliście się na rafy koralowe w Belize, w Ameryce Południowej. Kiedy okazało się, że rajskie plaże do rajskich nie należą?

Z.Z.: - Rano wychodziliśmy na bajecznej, piaszczystej plaży, co jak się później okazało, do końca rajska nie były. Już od piątej rano pracowali na niej panowie, którzy za pomocą grabi sprzątali spustoszenie, jakie sieją ludzie wrzucający różne świństwa do oceanu.

PAP Life: - Porządki na plaży były również zadaniem pana i Moniki Richardson.

Z.Z.: - Tak, to była nasza misja w tym programie. Wsiedliśmy na mały ciągnik, zabraliśmy ze sobą stos worków na śmieci i pojechaliśmy dosłownie trzysta metrów dalej od plaż odwiedzanych przez turystów. Na miejscu zastaliśmy olbrzymi śmietnik. Wyznaczyliśmy sobie 100 metrów plaży, której uprzątnięcie zajęło nam kilka ładnych godzin. Zebraliśmy chyba 16 ogromnych worków na śmieci. To było ciężkie zadanie, po jego zakończeniu byliśmy z siebie zadowoleni. Niestety radość nie trwała długo. Następnego dnia przyjechaliśmy w to samo miejsce, okazało się, że jest ono tak samo, albo jeszcze bardziej zanieczyszczone, niż przed naszym przyjazdem.

PAP Life: - Syzyfowa praca...

Z.Z.: - Niestety. Zanieczyszczenie świata jest jak choroba, trzeba leczyć nie skutki, a przyczynę. I temu służy akcja "S.O.S dla świata".

PAP Life: - Wszyscy uczestnicy udali się w egzotyczne zakątki na ziemi, ale przecież problem widoczny jest również w naszym rodzimym ogródku.

Z.Z.: - To prawda, nie trzeba jechać daleko, żeby zetknąć się z problemami trawiącymi środowisko. Jednak odwiedzając rajskie zakątki świata możemy wyraźniej zobaczyć ten kontrast - pięknych miejsc, które trawią tony śmieci.

Słusznie pani zauważa, że w Polsce ten problem również jest nagminny. Widzę to wyraźnie, gdy wsiadam z moimi dziećmi na rower. Nie musimy jechać daleko, żeby nie natknąć się na starą kanapę leżącą gdzieś na poboczu. Następnego dnia na tej kanapie leży porzucona lodówka i spojlery do samochodów, a za dwa trzy dni powstaje w tym miejscy regularne wysypisko. Oczywiście, co jakiś czas to jest sprzątane przez służby porządkowe, ale odradza się na nowo.

PAP Life: - To brak wiedzy, wyobraźni czy ignorancja ze strony ludzi?

Z.Z.: - Ludzie albo tego nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć. Dla mnie jest to niepojęte jak sami nie szanujemy swojej przestrzeni. Trzeba zrozumieć, że nasz świat nie kończy się wraz z naszym płotem i furtką. Ten zaśmiecony las, łąka, ulica, chodnik to też jest nasze. Jeśli tak dalej pójdzie to będziemy jeździć rowerami po wysypiskach śmieci.

PAP Life: - Czy program "S.O.S dla świata" może również zmienić sposób postrzegania ludzi, którzy zajmują się ekologią. Przestaną być uznawani za oszołomów?

Z.Z.: - Mam nadzieję. Osobiście z dystansem odnosiłem się do tego problemu. Natomiast, kiedy poznałem tych ludzi i zobaczyłem ich zaangażowanie w słuszną sprawę, nabrałem jeszcze większego szacunku do nich.