Steve Bisciotti, szef Allegis Group – jednej z największych na świecie firm pośrednictwa pracy, to ucieleśnienie amerykańskiego mitu o chłopaku z prowincji, który odniósł sukces w wielkim świecie. Własną pracą dorobił się miliarda dolarów, dzięki czemu kupił futbolowy zespół. A nie ma w Stanach Zjednoczonych bardziej dobitnego potwierdzenia własnej wartości niż inwestycja w ligę NFL. Jakby tego było mało, należąca do niego drużyna Baltimore Ravens ma na swoim koncie mistrzostwo kraju, czyli Super Bowl. Przy takim sukcesie blednie nawet informacja o powiększeniu przez niego w ostatnim roku majątku, choć stagnacja wciąż mocno oplata Amerykę. Ale by mit o pucybucie miliarderze pozostał kompletny, bohater musi pozostać zwykłym facetem, który pomaga innym.

– Sport jest jak życie. Trzeba grać fair, liczyć przede wszystkim na siebie, ale umieć też działać zespołowo oraz wspierać się, bo wówczas znacznie łatwiej wyjść zwycięsko z rywalizacji – w tym niezbyt odkrywczym stwierdzeniu zawiera się motto 51-latka, urodzonego w mieścinie Millersville (został tak nazwane w XIX wieku na cześć pierwszego kierownika poczty George’a Millera) w stanie Maryland, leżącej na przecięciu znaczącej przed wojną secesyjną linii kolejowej Annapolis & Elkridge oraz dwóch dróg.

Choć dorobił się ogromnego majątku na pomyśle stworzenia wyspecjalizowanej agencji pośrednictwa pracy, wraz z puchnącym bankowym kontem nie stał się sobkiem i nie zamknął przed światem w swojej rezydencji w Severn River (także Maryland). Od lat nie pozostaje obojętny na los obcych ludzi, bo jak sam mówi – czuje się odpowiedzialny za zespół. Na takie podejście do życia decydujący wpływ ma jego wychowanie. Bisciotti jest po rodzicach, mających włoskie korzenie katolikiem i – jak na amerykańskie warunki – dość mocno angażuje się w sprawy swojej parafii: stał się jednym z najhojniejszych sponsorów lokalnej katolickiej fundacji charytatywnej. Catholic Charities of the Archdiocese of Baltimore (której początki sięgają 1792 roku) opiekuje się bezdomnymi, osobami ubogimi, dziećmi z rozbitych rodzin i inwalidami – w sumie ponad 160 tys. osób. Każdego roku wydaje dodatkowo ponad 250 tys. bezpłatnych posiłków każdemu, kto zawita do jej oddziałów i po prostu powie, że jest głodny.

Sama fundacja zaś znana jest z wyjątkowo gospodarnego i efektywnego zarządzania: z każdego przekazanego jej dolara na bezpośrednią pomoc dla potrzebujących przeznacza aż 90 centów. To nadzwyczajny wynik: American Institute od Philantrophy uznaje za satysfakcjonujące, jeśli uda się wydać na statutowy cel 60 centów, zaś 75 centów uważa za bardzo dobre osiągnięcie. Z reguły fundacje pomocowe oraz organizacje pozarządowe (NGO) są w stanie wydać na bezpośrednie działanie w granicach 40 – 50 centów z jednego pozyskanego dolara, bardzo często zaledwie 30 centów. Resztę pochłaniają własne koszty działalności oraz biurokracja.

– Tak dobrze działających fundacji i tak hojnych sponsorów jak Steve Bisciotti będziemy w najbliższych latach potrzebować jeszcze więcej. Z powodu kryzysu z państwowej zapomogi na jedzenie korzysta już 15 proc. naszego społeczeństwa, czyli aż 46 mln Amerykanów – mówi „DGP” Theresa Idle z John Hopkins University w Baltimore. Z najnowszych danych Departamentu Rolnictwa wynika, że jeszcze cztery lata temu na państwowym garnuszku, i to jak najbardziej dosłownie, żyło 27 mln obywateli Stanów Zjednoczonych.

Pamięć o biedzie

Pierwszy przełomowy moment w życiu Bisciottiego nastąpił, gdy miał 8 lat. Jego ojciec umarł na białaczkę i rodzinę (ma dwoje starszego rodzeństwa) musiała utrzymać samotna matka. W oczy zajrzała im bieda. To wtedy mały Steve obiecał sobie, że musi stać się bardzo bogaty, by jego własnej rodziny nigdy nie dotknęły finansowe tarapaty.

Uczył się więc i pracował: pomagał tankować paliwo na stacjach, kosił trawniki, nawet opiekował się dziećmi, a większość zarobku oddawał matce. Już w szkolnych latach próbował sił w sporcie – ulubionym futbolu. Pchała go do tego nie tylko miłość do gry, którą zaszczepił mu jeszcze ojciec, ale i związane z nią wielkie pieniądze. Nawet cztery dekady temu kontrakty największych gwiazd NFL były imponujące, więc stając się jedną z nich, mógł spełnić marzenie o dostatnim życiu. Kariera na stadionach nie była mu jednak pisana – nie odniósł wielkich sukcesów, bo jako młodzian był zbyt wolny oraz zbyt cherlawy jak na ten rodzaj sportu. Jednak dzięki grze zyskał niewielkie sportowe stypendium, dzięki któremu mógł dorzucać się do domowego budżetu. Nic wówczas nie wskazywało na to, że odniesie zwycięstwo w rywalizacji z niesprzyjającym losem. Nie mając głowy do matematyki oraz fizyki, nie pasjonując się meandrami korporacyjnego zarządzania, wybrał bezpieczne studia humanistyczne na stanowym Salisbury University, które ukończył w 1982 roku. Pisany był mu wówczas najwyżej skromny żywot federalnego urzędnika czy pracownika prywatnej firmy. A przecież obiecał sobie, że stanie się bogaty.

Rok później, gdy miał zaledwie 23 lata, w jego życiu nastąpił drugi przełomowy moment. Wraz z kuzynem Jimem Davisem postanowił otworzyć agencję pośrednictwa pracy. Od konkurencji miała ich wyróżniać specjalizacja – zamierzali skoncentrować się wyłącznie na rynku lotniczym oraz technologicznym. Szybko przeszli od słów do czynów. Na rozruch przedsięwzięcia udało im się zebrać zaledwie 3,5 tys. dol. – na te sumę złożyły się niewielkie oszczędności i pożyczki od rodziny. Kupili używany sprzęt biurowy, a pierwszą siedzibę spółki, którą nazwali Aerotek, urządzili w piwnicy domu Biscottiego.

Choć byli debiutantami w biznesie, nie można im było odmówić jednego: determinacji. Dzięki temu już w pierwszym roku działalności Aerotek osiągnął przychody przekraczające 1,5 mln dol. – To całkiem satysfakcjonujący wynik jak na żółtodziobów, nieprawdaż? – mówił po latach Biscotti w jednym z wywiadów. Kolejne lata były dla jego biznesu jeszcze bardziej udane, bo branże, na które postawił, przeżywały boom. Zwiększał się lotniczy ruch pasażerski, więc linie potrzebowały większych maszyn, w Krzemowej Dolinie zaś dosłownie każdego dnia otwierała się nowa firma. Zapotrzebowanie na inżynierów, informatyków, techników było tak duże, że telefony w Aerotku urywały się dzień i noc. Ten sukces i idące za nim pieniądze pozwoliły Biscottiemu na rozwinięcie działalności. Na bazie Aeroteku zbudował Allegis Group – to dziś największa prywatna firma rekrutacyjna w Stanach Zjednoczonych oraz szósta pod względem wielkości na świecie. W 2009 roku jej przychód przekroczył 4,8 mld dol.

W 2000 roku był gotowy do kolejnego wielkiego biznesowego kroku: inwestycji w NFL. Każdy liczący się amerykański biznesmen marzy o posiadaniu futbolowej drużyny. Koniecznie zwycięskiej. To swoistego rodzaju przypieczętowanie sukcesu oraz potwierdzenie statusu. Nie jest to bowiem tania zachcianka, w dodatku trudna do zarządzania, bo gwiazdorzy bywają bardzo narowiści. Ale zdobycie mistrzostwa kraju, Super Bowl, sprawia, że jest się bożyszczem całej Ameryki.

Półtora miliarda na koncie

Bisciotti kupił na początek 49 proc. udziałów w Baltimore Ravens. Dzięki zastrzykowi jego pieniędzy jeszcze w tym samym sezonie drużyna zdobyła mistrzostwo, a w kolejnych rozgrywkach dochodziła co najmniej do fazy play-off. W 2004 roku zainteresował się kupnem pozostałych udziałów w Ravens. Sfinalizował transakcję za 325 mln dol., choć nie obyło się przy tym bez zgrzytów. Bo choć za jego sprawą zespół zaczął w końcu odnosić sukcesy, dotychczasowi właściciele uważali, że jest jeszcze zbyt młody (miał wówczas 44 lata), by poradzić sobie w tym trudnym biznesie.

Bisciotti wniósł do Baltimore Ravens to, co z tak dobrym skutkiem sprawdziło się w biznesie – determinację, planowanie oraz przede wszystkim spokój, choć kilka razy udowodnił, że potrafi zarządzać twardą ręką – czy to temperując graczy, czy zwalniając zwycięskiego trenera. Bardzo często porównuje się jego styl prowadzenia zespołu do techniki Daniela Snydera, innego przedsiębiorcy będącego właścicielem drużyny Washington Redskins. Tam panuje nieustanny chaos. Wpompowanie w drużynę ogromnych pieniędzy nie zaowocowało zdobyciem Super Bowl.

– Powiodło mi się – i w biznesie, i w sporcie – bo sukces można odnieść, tylko działając zespołowo. To oznacza, że nie wolno pozostawić na łasce losu tych słabszych, bo każdy może mieć zły dzień – podkreśla Steve Bisciotti. I nie musi już dłużej zamartwiać się nad zabezpieczeniem swojej rodziny. W najnowszym zestawieniu najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes” zajmuje 833. miejsce (306. w USA) z majątkiem szacowanym na 1,5 mld dol. Całkiem satysfakcjonujący wynik jak na faceta z ubogiej prowincji, nieprawdaż?