Gdy dni libijskiego reżimu są policzone, Włoch jako jeden z pierwszych podpisał umowę na wznowienie wydobycia z rebeliantami. Bo dla Scaroniego od zawsze najważniejszy jest biznes.

„Obie strony zobowiązały się do szybkiego przywrócenia produkcji. Jesteśmy gotowi pomóc nowym libijskim władzom w ocenie stanu infrastruktury wydobywczej oraz przesyłowej” – stwierdza oświadczenie podpisane przez Scaroniego. Eni SpA, nie czekając na wykrystalizowanie się sytuacji w Libii, gotowe jest wrócić do tego kraju. W tej grze najważniejszy jest bowiem czas.

Dlaczego Sahara?

Przed wybuchem rewolty Libia produkowała dziennie 1,6 mln baryłek (baryłka to 159 litrów) ropy naftowej. W porównaniu z gigantami branży – Arabią Saudyjską (10 mln), Kuwejtem (3 mln), a nawet Wenezuelą (2,7 mln) – to niewiele. Wystarczało na pokrycie zapotrzebowania takich niewielkich krajów jak Holandia czy Belgia. Gdy pompy na Saharze stanęły, państwa OPEC natychmiast zwiększyły wydobycie i rynek nie odczuł braku czarnego złota z Libii. Dlaczego więc tamtejsza ropa jest tak pożądana? Bo jest niezwykle dobrej jakości, o wiele lepszej niż saudyjska: lekka, mało zasiarczona, jej obróbka jest dzięki temu szybka i tania. Do jej przetwarzania nie trzeba budować skomplikowanych rafinerii.

Włoskie państwo, które w Eni SpA ma 30 proc. udziałów, nie wtrąca się w strategię Scaroniego, bo zarządza on firmą w bardzo skuteczny sposób: w ubiegłym roku zysk operacyjny koncernu wyniósł aż 16,11 mld euro. Perspektywy na ten rok są jeszcze lepsze. Nie krytykuje się osoby, która zapewnia pustawej państwowej kasie dopływ twardej gotówki.

Obudził Południe

Ten 64-letni absolwent uniwersytetu w Mediolanie (skończył nauki ekonomiczne) oraz nowojorskiej Columbia Business School (zarządzanie) zdobywał doświadczenie w najlepszych przedsiębiorstwach świata. Pracował dla Chevronu i firmy konsultingowej McKinsey & Company. Robił karierę u francuskiego producenta materiałów budowlanych Saint-Gobain, we włoskim Techincie (wyroby stalowe), by w końcu w 1996 roku zostać prezesem brytyjskiego producenta szkła Pilkington.

W 2002 roku został ściągnięty do ojczyzny, by stanąć na czele koncernu elektrycznego Enel. Jego rządy były trzęsieniem ziemi – leniwa atmosfera Południa została zastąpiona anglosaskim zdecydowaniem. Przygotował dla firmy nowy program rozwoju (skoncentrował się na produkcji urządzeń elektrycznych, całą inną – z reguły o wiele mniej dochodową działalność firmy – przerzucił do zewnętrznych spółek), zmusił pracowników do wydajniejszej pracy. To przełożyło się na dobre wyniki finansowe Enelu, co nie mogło pozostać niezauważone. W 2005 roku skusiła go fotelem prezesa i roczną pensją przekraczającą 4 mln euro największa włoska firma, czyli Eni SpA.

Prawie sześć lat jego rządów to ekspansja koncernu na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Zatoce Perskiej. Libia to nie pierwszy przykład bezwzględnej walki o najlepsze złoża. W lipcu włoska prokuratura wszczęła dochodzenie przeciwko sześciu osobom z kierownictwa Eni SpA pod zarzutem korupcji w Iraku oraz Kuwejcie. Dla Paolo Scaroniego liczy się przede wszystkim skuteczność.