Markowi Shuttleworthowi, twórcy komputerowego projektu Ubuntu, nie można odmówić oryginalności. Choć na jego koncie pęcznieje 200 mln funtów, nie mieszka w apartamencie w Londynie, Nowym Jorku czy Kapsztadzie. Biznesmen z RPA wybrał wyspę Man na morzu Irlandzkim, niewielki dom i towarzystwo 12 hodowanych kaczek i owiec sąsiadów, które przychodzą paść się na należących do niego łąkach. Ale właśnie tam tworzony jest jeden z najważniejszych projektów informatycznych współczesnego świata – oprogramowanie otwarte (open source).

Komputer nie jest wyłącznie urządzeniem. To przedłużenie umysłu i sposób na dotarcie do innych ludzi – to jedno z najbardziej znanych powiedzeń 37-latka urodzonego w Welkom w południowoafrykańskiej prowincji Wolne Państwo, dawnej Oranii. Ale by tak się stało, konieczne jest używanie oprogramowania, które można bądź otrzymać darmo, bądź móc je samemu zmieniać i ulepszać, i to bez konieczności uiszczania jakichkolwiek opłat licencyjnych. Jednym słowem konieczna jest swoistego rodzaju informatyczna wolność, gwarancja nieskrępowanego rozwoju. To daje Ubuntu, czyli kompletny system operacyjny dla komputerów, będący alternatywą dla Windows czy MacOS.

Istniejący rynek stanowi zaprzeczenie tej idei. Najpopularniejsze produkty wielkich koncernów, choćby Microsoftu, Apple’a czy Adobe, należą do kategorii zamkniętych. Ich systemy operacyjne czy oprogramowanie trzeba kupić, a można ich używać tylko w zgodzie z dostarczonymi licencjami. A są one restrykcyjne i uniemożliwiają jakąkolwiek ingerencją w kod źródłowy. – To właśnie największy zarzut podnoszony przez zwolenników oprogramowania open-source. Twierdzą, że w ten sposób firmy blokują rozwój, dbając jedynie o stan swoich finansów, dodatkowo monopolizując rynek poprzez niszczenie konkurencji wysokimi opłatami licencyjnymi – mówi „DGP” Thomas Greene z portalu technologiczno-informacyjnego redOrbit.com.

Te zarzuty nie są bezpodstawne. Kilka tygodni temu głośnym echem w branży odbiło się działanie Apple’a, które dokonało nieoczekiwanej wolty. Koncern Steve’a Jobsa od kilkunastu miesięcy walczył z firmą Adobe i jej popularną technologią Flash, służącą do tworzenia grafik komputerowych i gier działających w środowisku WWW. Powodem były oczywiście słone opłaty licencyjne, Apple zaś słynie z tego, że lubi, gdy to jemu płaci się nawet za najmniejsze rozwiązania (które z lubością patentuje), samo robić tego nie znosi. Dlatego Jobs – przedstawiając się jako ofiara pazernego Adobe – forsował szybkie wypracowanie nowego standardu tworzenia stron HTML5, który miał m.in. stworzyć alternatywę dla Flasha.

Precz z patentami

Udało mu się w końcu przekonać do tego gigantów branży, w tym także Adobe. Ustalono, że wspólnie będą pracować nad rozwojem HTML5 i że wszystkie technologiczne rozwiązania dla członków grupy będą zwolnione z opłat licencyjnych (tzw. royalty-free). Gdy tylko prace nad ustanowieniem nowego standardu weszły w decydującą fazę, Apple wyłamało się z umowy. Koncern Jobsa opatentował opracowane przez siebie dwie kluczowe technologie, co wiąże się z pobieraniem za nie opłat licencyjnych, które miały być podstawą nowego standardu. Powstała patowa sytuacja, która do tej pory nie została rozwiązania. Jobs nie chce ustąpić i patronujące przedsięwzięciu konsorcjum W3C (organizacja zajmująca się ustanawianiem standardów pisania i przesyłu stron WWW) zaapelowało do pozostałych firm o próbę opracowania alternatywnych technologii, która może zastąpić rozwiązania Apple’a.

– Dlatego właśnie patenty powinny zostać zniesione. To archaiczne rozwiązanie, które konserwuje rynek i powoduje, że tak trudno jest się na nim przebić. Zwłaszcza początkującym przedsiębiorcom – powiedział kilka dni temu Shuttleworth.

Urodził się w prowincji Wolne Państwo, słynnej z ogromnych pokładów złota i pyłu unoszonego z ziemi przez wiatr. Z początku nic nie wskazywało na to, że stanie się jednym z najbardziej wpływowych ludzi branży komputerowej. Ojciec (chirurg) oraz matka (pielęgniarka) chcieli, by został lekarzem. Udało mu się jednak postawić na swoim: zdał na ekonomię na Uniwersytecie Kapsztadzkim.

Na ostatnim roku studiów, w 1995 roku, po raz pierwszy zetknął się z internetem. Nowinka tak go zafascynowała, że postanowił spróbować sił w e-biznesie. Jeszcze w tym samym roku w garażu swoich rodziców założył firmę Thawte. Jako pierwsza poza Stanami Zjednoczonymi (Apache) stworzyła w pełni bezpieczny, wykorzystujący szyfrowanie serwer dla handlu sieciowego (Sioux). Szybko weszła także na rynek internetowych certyfikatów gwarantujących wiarygodność partnerów i przeprowadzanych transakcji. Działała tak dobrze i rozwijała się tak szybko, że cztery lata później została przejęta przez dużo większą firmę VeriSign za 3,5 mld randów (wówczas 575 mln dol.).

Już kilkanaście miesięcy później Shuttleworth założył kolejny biznes: fundusz HBD Venture Capital (HBD to skrót od przełożonych z łaciny na angielski słów „Here Be Dragons”, czyli „tu żyją smoki”, którym często miały być ozdabiane pierwsze mapy pokazujące nieodkryte jeszcze terytoria). Początkowo koncentrował się wyłącznie na działaniu w Afryce („bo tu kiedyś żyły smoki”), by potem rozwinąć inwestycje na cały świat.

Sukces HBD sprawił, że niespełna 30-letni Shuttlewortt stał się multimilionerem. Dzięki temu mógł kupić za 45 mln dol. odrzutowiec oraz sfinansować jedno z największych marzeń: lot w komos. W 2002 roku rosyjski Sojuz-TM34 wyniósł go na Międzynarodową Stację Kosmiczną (był drugim w historii, po Dennisie Tito, kosmicznym turystą). Przyjemność przebywania w stanie nieważkości przez jedenaście dni i możliwość oglądania Ziemi z wysokości 340 km kosztowała go 20 mln dol.

RPA ponad wszystko

Po powrocie z orbity rzucił się w wir zarabiania pieniędzy, ale coraz bardziej doskwierało mu uzależnienie od informatycznych gigantów. Postanowił temu zaradzić. Gdy jeszcze zarządzał Thawte, zetknął się z Debianem, innym open-source’owym projektem programistycznym. Potem na swój koszt ustawiał w miastach RPA maszyny, w których można było kopiować na przyniesione płyty CD lub DVD darmowe oprogramowanie.

To były jednak tylko półśrodki, a jemu zamarzyło się rzucenie wyzwania Microsoftowi oraz Apple’owi. W 1994 roku założył firmę Canonical Ltd., za której pośrednictwem finansuje – w pierwszym roku działalności wyłożył na ten cel 10 mln dol. – rozwój projektu Ubuntu (słowo pochodzi z języków plemion Zulu oraz Xhosa i oznacza „człowieczeństwo wobec innych”). To kompletny system operacyjny mogący z powodzeniem zastąpić płatne Windows czy MacOS. Jest darmowy, a jego nowe wersje są regularnie wypuszczane co pół roku (kolejne dystrybucje zawsze mają niecodzienne nazwy – ostatnia wersja Ubuntu to... Efektowna Nimfa).

Po siedmiu latach od debiutu Ubuntu stał się trzecim najpopularniejszym systemem operacyjnym. Doceniły go przede wszystkim – ze względu na legendarną stabilność – firmy i duże przedsiębiorstwa, którym zależy na bezpieczeństwie przechowywanych i przetwarzanych danych. Przy okazji Ubuntu jest także zyskowne, bo choć sam system jest darmowy, Canonical zarabia na usługach serwerowych i serwisowych. – Nasza sytuacja finansowa jest bardzo zadowalająca, co pozwala nam rozwijać się i spokojnie patrzeć w przyszłość – mówił ostatnio Shuttleworth.

W marcu 2010 roku Południowoafrykańczyk ustąpił ze stanowiska prezesa Canonical Ltd., choć nadal ma tam decydujące słowo. Poświęca teraz za to znacznie więcej czasu działalności filantropijnej, której przyświeca jeden cel: rozkwit RPA. Bo choć to jedno z najszybciej rozwijających się państw świata (należy m.in. do G20), wciąż jest to kraj pełen nędzy – prawie połowa z 49 mln mieszkańców kraju żyje poniżej poziomu biedy z ponad 24-proc. bezrobociem.

– Płynie we mnie afrykańska krew. Interesuje mnie wszystko, co może zmienić sytuację w mojej ojczyźnie – mówi Shuttleworth. Wspomaga sierocińce i przedszkola, funduje programy edukacyjne oraz stypendia (z naciskiem na matematykę i fizykę), przekazał 2,5 mln dol. na stworzenie usług bankowych dla najuboższych dostępnych przez telefony komórkowe. Opłacani przez niego fachowcy regularnie objeżdżają wszystkie dziewięć prowincji RPA, prowadząc warsztaty oraz szkolenia dla początkujących biznesmenów i pomagając im w zakładaniu pierwszych firm.

I cały czas promuje darmowe oprogramowanie komputerowe. – Nikt już nie ma wątpliwości, że to komputery napędzają rozwój świata. Nie można więc pozwolić na to, by ktoś miał na nie monopol – podkreśla Shuttleworth.