Trzy powody zdecydowały, że udało mi się odnieść sukces. Nie miałem pieniędzy, know-how i planu. Wszystko to sprawiało, że oglądałem każdego dolara kilka razy przed wydaniem, pojmowałem wszystko w lot i mogłem szybko reagować na zmiany – mówi Jack Ma. Ta mieszanka ostrożności i improwizacji okazała się wyjątkowo udana. Dziś każdy, kto chce robić w Chinach interesy, musi skorzystać z Alibaba.com, stworzonego przez Ma największego portalu B2B (business to business) za Wielkim Murem. On sam dzięki niemu stał się miliarderem, którego stać na pomoc dla bezrobotnych rodaków.

W styczniu tego roku Ma sprzedał na giełdzie w Hongkongu należące do niego akcje swojej firmy za prawie 35 mln dol. Część tej sumy nieoczekiwanie przeznaczył na programy pomocowe dla bezrobotnych: szkolenia dla osób poszukujących pracy czy warsztaty, podczas których można się przekwalifikować. – To dość niecodzienna forma działalności charytatywnej w Państwie Środka, bo do tej pory kraj ten był traktowany przez inwestorów – zarówno krajowych, jak i zagranicznych – jako rezerwuar taniej siły roboczej, której nikt nie gwarantuje żadnych praw i której losem mało kto się przejmuje – mówi „DGP” Nicole Cantora z brytyjskiego Overseas Development Institute.

Ambitny 12-latek

Problem bezrobocia w Chinach narasta, choć oficjalnie jest ono wciąż znikome. Bez pracy, według tamtejszego urzędu statystycznego, pozostaje ledwie 4,1 proc. (w 2000 r. – 3,1 proc.) osób w wieku produkcyjnym, czyli ok. 9,5 mln (mniej niż w Polsce) – kropla na tle całego społeczeństwa. W rządowej metodyce liczenia kryją się jednak dwa haczyki. Zestawienie obejmuje jedynie osoby z terenów zurbanizowanych i tam zarejestrowane. Jednak miliony Chińczyków z interioru, którzy nie są w stanie dłużej utrzymać się z rolnictwa, przyjeżdżają za pracą do miast na wybrzeżu i pozostają w nich bez zameldowania. Według niezależnych szacunków bezrobocie sięga 22 proc. całej populacji, co oznacza, że bez płatnego zajęcia pozostaje niemal 200 mln osób. Z badania Chińskiej Akademii Nauk Społecznych wynika, że z powodu kryzysu finansowego i spowolnienia globalnego tempa rozwoju gospodarczego pracę straciło w całym kraju ok. 41 mln osób. Tylko niewielka część ponownie znalazła zatrudnienie.

Właśnie nimi postanowił się zająć Jack Ma. Być może dzięki jego pieniądzom 27-letniemu Zhang Shangwu, dawnemu mistrzowi kraju w akrobatyce sportowej, uda się odmienić swój los. Był murowanym faworytem do olimpijskiego złota w Atenach w 2004 r., jednak na kilka miesięcy przed zawodami zerwał ścięgno Achillesa i musiał zakończyć karierę, zaś państwo przestało się interesować bezużytecznym czempionem. Od tego czasu podejmował dorywcze prace (nie ma wyuczonego zawodu, bo gimnastykę uprawiał od piątego roku życia), a odkąd z powodu kryzysu kilkanaście miesięcy temu zwolniono go z ostatniej, utrzymuje się z żebractwa i datków zbieranych w trakcie ulicznych pokazów swoich umiejętności, które daje przed stacjami pekińskiego metra.

– Nie zamierzam troskliwie opiekować się bezrobotnymi, chcę im jedynie dać możliwość wzięcia losu we własne ręce. Tak jak przed laty zrobiłem to ja – mówi 47-letni Ma.

Jack Ma urodził się w 1964 r. koło miasta Hangzhou i pewnie zostałby kiepsko opłacanym robotnikiem w jednym z państwowych molochów przemysłu ciężkiego, gdyby nie to, że pod koniec lat 70. kraj zaczął się nieśmiało otwierać na świat i wpuścił pierwszych zagranicznych turystów. Ich odmienność była tak pociągająca, że 12-latek postanowił się nauczyć angielskiego. Codziennie po szkole, a często jeszcze przed nią, wsiadał na rower i niezależnie od pogody jechał kilka kilometrów do jedynego w Hangzhou hotelu, w którym cudzoziemcy mogli się zatrzymywać. Tam wcielał się w rolę przewodnika: oprowadzał ich po mieście, a przy okazji uczył się angielskiego. W 1979 r. poznał australijską rodzinę, z którą się zaprzyjaźnił. Sześć lat później zaprosili go do siebie na wakacje. – Ten miesiąc całkowicie mnie zmienił. Byłem oszołomiony bogactwem i dobrobytem. Wszystko, co widziałem wokół mnie, przeczyło temu, czego nas uczono: że Chiny są najbogatsze, a my najszczęśliwszymi ludźmi na świecie – opowiadał gazecie „San Francisco Chronicle”.

Po powrocie dwa razy oblał egzaminy wstępne na uniwersytet i w końcu wstąpił do najgorszej w mieście uczelni pedagogicznej. Kształcił się w niej na nauczyciela języka angielskiego. W pierwszej pracy zarabiał 120 juanów (15 dol.) miesięcznie. Kiedy w 1992 r. Chiny otworzyły się na kapitalizm i pojawiły się zagraniczne firmy, starał się w nich o pracę. Nikt go nie chciał – odmówiło mu nawet KFC.

Udało mu się w końcu zdobyć posadę tłumacza przy lokalnych władzach. W 1995 r. wraz z delegacją handlową pojechał do Seattle. Ta druga zagraniczna wizyta była jeszcze bardziej brzemienna w skutkach niż podróż do Australii. Podczas pobytu w USA Ma po raz pierwszy zetknął się z internetem. Wraz z kolegą bawił się siecią (szukali w Yahoo! hasła „piwo”), gdy zorientowali się, że w internecie nie ma ani słowa o Chinach. Szybko przeszli od słów do czynów: po powrocie za pożyczone 2 tys. dol. uruchomili internetową stronę China Pages, na której mogły się ogłaszać krajowe firmy. – Nawet nie wiedziałem wówczas, co to jest e-mail, nigdy wcześniej nie dotknąłem komputerowej klawiatury – opowiadał.

Jednak po roku do Ma zgłosiła się państwowa firma China Telecom i zaproponowała joint-venture. Zgodziła się zainwestować w jego projekt 185 tys. dol. („nigdy nie widziałem takich pieniędzy”), a dodatkowo kupiła go dwoma miejscami w 7-osobowym zarządzie wspólnego przedsięwzięcia. Młody biznesmen szybko rozczarował się pracą dla giganta: stetryczali członkowie zarządu nominowani przez ChT blokowali wszystkie jego pomysły i Ma w końcu odszedł.

W 1999 r. wrócił do gry. Zebrał we własnym mieszkaniu 18 zaufanych osób i przez dwie godziny opowiadał im o swojej wizji internetowego biznesu. Potem poprosił zebranych, by położyli na stół pieniądze, które są gotowi w niego zainwestować. Zebrał 60 tys. dol. i tak powstało Alibaba.com („wybrałem tę nazwę, bo wszyscy znają bajkę o sezamie”).

Firma, choć powielała sposób działania China Pages, błyskawicznie rozwijała się na fali amerykańskiej bańki internetowej. Ale gdy ta w końcu pękła w 2001 r., o mało nie pociągnęła na dno także i Chińczyków. Ma miał tak mało gotówki, że desperacko potrzebował pomysłu na to, jak utrzymać się na powierzchni. Postanowił więc skoncentrować się na biznesowej ofercie dla inwestorów z zagranicy, którzy z reguły nie znali olbrzymiego chińskiego rynku. Był to strzał w dziesiątkę. – Już rok później zanotowaliśmy jednego dolara zysku. Z roku na rok było już tylko coraz lepiej – opowiada, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Zaledwie w ciągu dekady wyrosła na największy portal B2B w Chinach, dzięki któremu zagraniczni inwestorzy mogą znaleźć dostawców interesujących ich towarów oraz usług. Portal ma 65 mln zarejestrowanych użytkowników z całego świata, w pierwszym kwartale tego roku zanotował zysk w wysokości 68,9 mln dol., o 39 proc. więcej niż przed rokiem. – Amerykanie mieli rację. Sieć pozwala zarobić – przyznał po latach. Dziś magazyn „Forbes” szacuje jego majątek na 1,6 mld dol., co daje mu 782. miejsce wśród najbogatszych ludzi świata (i 48. w Chinach).

Walka o wiarygodność

Jack Ma próbuje także ustanowić nowy standard działania chińskich firm. W styczniu wybuchła afera, która mocno nadszarpnęła reputację firmy. Okazało się, że przestępcy przekupili część pracowników Alibaby.com, a w zamian żądali przyznawania podstawionym handlarzom najwyższych ocen zaufania bez przechodzenia restrykcyjnego audytu. Status złotego sprzedawcy oznacza, że przedsiębiorstwo jest jak najbardziej godne zaufania. Właśnie do takich zwracali się zagraniczni inwestorzy. Finał transakcji był taki, że zamówiony towar nigdy nie docierał do odbiorców, przepadały także wpłacone pieniądze.

Gdy Jack Ma dowiedział się wieczorem o tym procederze, miał krzyknąć „Ta ma de!” (K...a!), i jeszcze tej samej nocy zwołał nadzwyczajną naradę. Po krótkim śledztwie okazało się, że na portalu działało ponad 2,3 tys. podstawionych przez przestępców handlarzy. Poleciały głowy: zwolnił dyrektora naczelnego oraz dyrektora ds. operacyjnych, choć nie ciążyły na nich żadne zarzuty. – Mówiono mi wówczas, że przesadzam. Ale dzięki szybkiej reakcji udało mi się ocalić wiarygodność Alibaby.com i utrzymać zaufanie zagranicznych inwestorów. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym przedsiębiorstwem w Chinach, w którym kadra zarządzająca ponosi odpowiedzialność za sytuację wewnątrz firmy – tłumaczył później Ma. – Mój kraj potrzebuje menedżerów, dla których wiarygodność w oczach inwestorów jest równie ważna jak los pracowników – podsumował całą sytuację.