Istnieniu tego zaburzenia rozwojowego, opisanego przez Światową Federację Neurologów, sprzeciwia się profesor Bronisław Rocławski, który zagadnieniem zajmuje się już prawie 60 lat. To sztuczny twór, który uprawomocnia lenistwo tak dzieciaków, jak nauczycieli - tłumaczy portalowi iWoman.pl i podaje przykłady swoich sukcesów. Dziesiątki, setki uczniów, z którymi pracował, po kilku miesiącach umiały bezbłędnie pisać i czytać. Tak jak maturzysta, który chciał iść na polonistykę, ale nie umiał ani poprawnie pisać, ani szybko czytać. Rocławski przekonał go, że jest uleczalny i wspólnie zasiedli do pracy. Po kilku latach odebrał telefon - studia ukończone.

Czy aby każde problemy z pisaniem to wina lenistwa ucznia? - zastanawia się Grzegorz Staroń, dziś psycholog społeczny prowadzący wykłady i warsztaty dotyczące dysleksji. Sam uważa się za osobę z dysleksją, to przez nią nie udało mu się skończyć prawa i ekonomii.

Jednak profesor Rocławski twardo stoi przy swoim - ten mężczyzna miał po prostu pecha i nie trafił na kompetentnych wykładowców. Mało który kandydat na nauczyciela dowiaduje się na studiach, jak uczyć dziecko. Potem idzie do szkoły albo przedszkola i robi to po omacku. A tam trafia na dzieci nieco trudniejsze - leniwe, pobudzone, którym trzeba poświęcić dużo więcej uwagi - mówi Rocławski na łamach portalu iWoman.pl. Jakie są tego skutki? Takim uczniom najłatwiej jest wystawić etykietę dyslektyka, dzięki której nie trzeba poświęcać im więcej czasu.

To nieprawda - przekonuje Sajewicz-Radtke. Jeżeli poradnia psychologiczno-pedagogiczna uzna ucznia za dyslektyka, nauczycielowi pracy przybywa. Na przykład, oprócz szykowania tradycyjnych dyktand dla całej klasy, musi układać też testy sprawdzające znajomość zasad ortograficznych i interpunkcyjnych dla dziecka z dysleksją - twierdzi.

Niektórzy uczniowie, mimo że piszą bezbłędnie, świadomie chcą zostać określeni dyslektykami, bo taka etykieta daje prawo do dłuższego pisania sprawdzianów i zapewnia inny system oceniania. Jednak jest niezwykle to trudne, gdyż objawów jest zbyt wiele. Co więcej, opinia jest efektem badania dziecka przez kilku specjalistów. Trudno jest zwieść tyle osób - Urszula Sajewicz-Radtke.

Psycholog przyznaje jednak, że błędy w ocenie uczniów się zdarzają, choć niezwykle rzadko. Na przykład w przypadku dzieci chorych na padaczkę, u których ataki mają charakter małych napadów, trudności z koncentracją, czy trudności poznawcze oraz wynikający z tego problem z czytaniem i pisaniem, może być mylony z dysleksją - tłumaczy w rozmowie z portalem iWoman.pl.

Umiejętności warsztatowe specjalistów orzekających o dysleksji sprawdził nastoletni syn znajomego profesora Rocławskiego. Założył się z ojcem, że wzorując się na znalezionym w sieci cynicznym samouczku fałszywych dyslektyków, wywalczy sobie upragnione zaświadczenie. No i wygrał zakład - kwituje profesor.