MARCIN CICHOŃSKI: W studiu albo podczas transmisji jesteś siłą spokoju, jednym z najbardziej zrównoważonych komentatorów. A jak reagujesz, kiedy mecz oglądasz w domu, kiedy tak jak podczas Euro 2016, grają nasi?

TOMASZ SMOKOWSKI*: Krzyczę, a im więcej jest wokół osób, tym bardziej krzyczę. I niestety używam bardzo wielu nieparlamentarnych słów, z naciskiem na „k”. Niestety – przed wykrzykiwaniem tych haseł nie powstrzymują mnie nawet dzieci. By powiedzieć, jak to wygląda: mieszkam w segmencie, który ma dość grube ściany. A sąsiedzi – ci przez ścianę – zainteresowani piłką nożną nie są. A zawsze, kiedy ich po takim wydarzeniu spotykam, to mówią – „o, chyba dwa dni temu był mecz”. Pytam: „co, słyszeliście?”. A oni na to: „tak słyszeliśmy, jak krzyczałeś bardzo głośno”. Tak, mecze bardzo przeżywam. Przed telewizorem jest takim kibicem-chuliganem.

Kiedy odpoczywasz od piłki? Zimą nie, bo gra liga angielska, teraz też nie, bo zaraz zaczyna się Euro…

Właśnie teraz – tzn. pomiędzy końcem rozgrywek ligowych i Ligi Mistrzów, a Euro – robię sobie odwyk. Wiem, że zaczyna się „jakiś” turniej Copa America, ale nie mam ochoty poświęcić temu ani minuty. Bo odwyk jest potrzebny, ale potrwa do 10 czerwca.

Jak mocno się odzwyczajasz? Nie zaglądasz do prasy, nie śledzisz doniesień transferowych? To, że Legia ma nowego trenera, wiesz?

To wiem, zauważyłem (śmiech). I nawet przeczytałem z nim wywiad – nie da się całkowicie żyć bez piłki… Ale staram się to mocno ograniczać – na przykład do godziny prasówki dziennie. Z drugiej strony – cały czas jestem przy tym w pracy, bo robię sobie notatki już na przyszły sezon. Nie czytałem jednak doniesień z Arłamowa. Ominął mnie ten „cyrk kubański”, który miał miejsce w momencie przylotu Lewandowskiego helikopterem i tego, jak ganiano go melexami – to przeszło obok mnie. I jestem bardzo zadowolony, że nie musiałem tego wszystkiego przeżywać, bo to było lekkie szaleństwo.

Wracając do odwyku – rozmawiamy czasem z Andrzejem Twarowskim, że piłki jest bardzo dużo, może nawet za dużo. W tygodniu nie ma dnia odpoczynku: piątek-sobota-niedziela-poniedziałek – gra liga. We wtorek i środę Liga Mistrzów, czwartek Liga Europy. I tak w kółko. Czasem czekamy z utęsknieniem na tygodnie reprezentacyjne, bo to jest ten moment, kiedy można pójść na odwyk. Piłka jest dla nas świętem, bardzo to lubimy, ale to jest trochę tak, jakbyś codziennie jadł lody pistacjowe. W pewnym momencie odczuwasz przesyt – ile można ich zjeść, nawet jak je bardzo lubisz. A my w weekend tych kulek lodów pistacjowych jemy bardzo, bardzo dużo. No bo z szacunku dla ludzi, z którymi pracujemy, dla siebie i z szacunku dla widza staramy się sumiennie podchodzić do obowiązków i oglądamy tych spotkań dużo. Czasem po obejrzeniu trzech spotkań ligi polskiej jestem jak po wypaleniu trzech paczek fajek, jedna po drugiej – czujesz, że chyba za dużo przyswoiłeś.

Ale na Euro będziesz oglądał wszystkie mecze?

Tak, oczywiście! Chyba, że będzie ostatnia kolejka fazy grupowej, kiedy dwa mecze są grane równocześnie, to będę się starał coś wybrać. Do niedawna byłem taki szalony, że przynosiłem drugi telewizor i na raz oglądałem dwa spotkania. Teraz się pewnie ograniczę i będę wybierał to ciekawszee… Hmmm, chyba że dwa będą decydowały o czymś. Euro będę oglądał od dechy do dechy, ale kilku moich kolegów z pracy – przypalany ogniem nie zdradzę, kto to – powiedziało, że będą patrzeć na imprezę w fazie grupowej jednym okiem, może mecze Polaków, ale włączą się dopiero w fazie pucharowej, a wcześniej muszą mieć trochę tego rzeczonego odwyku.

W momencie, w którym włączasz telewizor i oglądasz reprezentację, są ogromne emocje i słyszysz komentatora… Na ile możesz się oderwać od tego, kim zawodowo jesteś?

Bardzo. W ogóle nie oceniam innych… Wiesz co – u mnie w domu jest bardzo głośno. Bo jeśli nie oglądam ze znajomymi, to z młodszym synem, który jest tak zwariowany na punkcie piłki nożnej jak ja… Na marginesie – mój starszy syn nie lubi piłki w ogóle, nie poświęci temu nawet pięciu minut. No może reprezentację ze mną obejrzy. Ale młodszy syn ze mną krzyczy. I zna się! Ma czternaście lat, sam gra w piłkę i bardzo wiele z tej piłki rozumie, i mecz sobie na bieżąco analizujemy na potrzeby własne. Cicho nie jest i przez to w ogóle nie słucham komentatorów. Jedynym, którego słucham bardzo uważnie i który mnie niezmiernie bawi, jest Andrzej Twarowski. Jak komentuje ligę angielską, to dla tych jego tekstów warto siedzieć cicho, by się ubawić zdrowo.

A dziwisz się temu, że Mateusz Borek mógł stracić głos po meczu Polska-Niemcy, wygranym 2:0?

Nie dziwię się! Wiesz, ja jestem postrzegany – pewnie słusznie – jako komentator, który jest bardzo chłodny w swoich reakcjach. Mnie by się pewnie to nie zdarzyło. I chciałbym też znaleźć się, czy nawet bardziej umieć znaleźć się w takiej sytuacji uniesienia, kiedy wychodzę z siebie i staję obok. A Mati tak potrafi. Ja pewnie głosu bym nie stracił – ale wiem, że on biedaczek musiał jakieś zabiegi brać, nawet chyba zastrzyki u foniatry, by być gotowym na kolejne spotkanie ze Szkocją.

Pracuję trochę na innym polu – na polu polskiej ligi, gdzie po pierwsze: mnie nie wypada, nie wolno wręcz być kibicem żadnej z drużyn; a po drugie: to powoduje, że jestem spokojniejszy.

No właśnie, dziennikarzowi muzycznemu łatwo jest zacząć tekst od zdania „jako fan czekałem na płytę”. Ty nie możesz się przyznać, komu kibicujesz…

„Czekałem na ten mecz, bo jestem fanem ligi polskiej” – tak, ale nie jestem fanem żadnej z drużyn.

Tak naprawdę?

Tak naprawdę. Jestem fanem Liverpoolu i jestem fanem FC Nantes – nawet jeszcze bardziej niż Liverpoolu, ale Nantes lata świętości ma za sobą. Liverpool zresztą też. Moje kibicowanie jakiejkolwiek z drużyn skończyło się w roku ’95, kiedy nasz ówczesny szef, Janusz Basałaj, stanął przed nami - a on miał charyzmę, jak wstał, to czuć było, że żartów nie ma - i powiedział: „jeżeli kibicowaliście jakimkolwiek polskim zespołom, to w tym momencie o tym zapominacie”. Wtedy byliśmy małą stacyjką, ale i tak usłyszeliśmy „zapominacie o jakichkolwiek kibicowskich zapatrywaniach. Od dziś jesteście obiektywnymi kibicami”. I nie miałem żadnych, ale to żadnych problemów, aby te słowa wprowadzić w czyn. Nie mam żadnych sympatii ani antypatii w polskiej piłce. Lubię oczywiście pewnych zawodników bardziej – na przykład Sebastiana Milę, jestem jego bardzo dobrym kolegą. Dostałem od niego koszulkę z meczu „Polska-Niemcy” i oprawię ją sobie jak relikwię. Z braćmi Żewłakowami wychowałem się na jednym osiedlu, więc nie będę ukrywał, że to też są moi bardzo dobrzy koledzy. Ale tym bardziej kogoś takiego wypada ocenić sprawiedliwe. Bo tylko wtedy zostanie to docenione - jeżeli nie będziesz ściemniał i na siłę szukał pozytywów.

I co, koledzy nie dzwonili i nie mówili: „no… pojechałeś mi!”

Nie, to się nigdy nie zdarzyło. Ale oczywiście słyszałem wiele zarzutów, że ligę polską postrzegamy za bardzo w różowych barwach, nie dostrzegając minusów. Gdybym miał ją sobie zanadto obrzydzać, to już bym dawno nie pracował tam, gdzie pracuje. Bo jaką bym czerpał z tego przyjemność, jeśli bym jechał z nastawieniem „o nie, kolejny beznadziejny mecz przede mną, przecież oni kopią się po czołach”. Dlatego mam wrażenie i poczucie, że ligę oceniam obiektywnie, zawsze dostrzegając bardziej szklankę do połowy pełną niż pustą. Dla własnej higieny nie będę tej ligi za bardzo glanował. I nie dlatego, że jest w tym odgórna polityka, tylko dlatego, że też chcę czerpać z tego przyjemność.

Ale nie będziesz nas oszukiwał, że jest atmosfera wielkiego piłkarskiego święta w momencie, gdy jej nie ma?

Nawet w tym sezonie zdarzały się spotkania, które komentowaliśmy z dobrze rozumianą szyderką. Kiedy już wiedzieliśmy, że jest fatalnie, że już się nic nie urodzi, że jak to mówi Twarowski, „tego meczu nie uratowałaby nawet goła baba”, to przechodzimy w fazę śmiechu – heheszków i śmieszkowania. I po prostu zaczynamy się dobrze bawić. Nie nabijamy się może z piłkarzy, ale mamy trochę luźniejsze podejście, bo też musimy dobrnąć do końca, do tej dziewięćdziesiątej minuty i nie usnąć. I staramy się spędzać miło czas, ale wiemy, że to spotkanie do historii nie przejdzie.

Wracając do Euro... Na co liczysz? Mówimy o Polakach.

Mam wobec tej drużyny oczekiwania bardzo sprecyzowane. I znów – daleki jestem od wielkiej europompki, która przetacza się przez nasz kraj. Kiedy wejdziesz do pierwszej lepszej księgarni, to masz sześć tysięcy piłkarskich produktów, w sklepie spożywczym: gumy do żucia, batony i nie wiadomo co jeszcze, cuda wianki. Wszyscy Janusze świata będą się teraz wypowiadali na temat piłki. Najgorzej, że będą się wypowiadać politycy i dziennikarze polityczni – a tego najbardziej nie cierpię. Ale mniejsza już o to…

A moje oczekiwania są takie. To są pierwsze mistrzostwa w formule z dwudziestoma czterema drużynami. Po pierwszej fazie turnieju odpadnie osiem zespołów. Tylko osiem – zostanie szesnastka. I to jest poprzedni format imprezy. A to oznacza, że ta drużyna, z takim potencjałem, z takimi zawodnikami ma obowiązek znaleźć się na mistrzostwach Europy w starym formacie. Dla mnie Euro zaczyna się dopiero po fazie grupowej.

Z moich wstępnych obliczeń wynika, że po wyjściu z grupy - zakładając, że grupę wygrywają Niemcy - wpadamy na Szwajcarię lub Rumunię. Nie ma żadnych przeciwwskazań, byśmy ze Szwajcarami lub Rumunami dali sobie radę. Uważam, że w tych spotkaniach będziemy faworytami. Tu poprzeczka wisi na takiej wysokości, że Jacek Wszoła, mając tyle lat co teraz, by ją przeskoczył. Uważam, że do ćwierćfinału mamy szansę dojść w cuglach.

Potem zaczyna się wróżenie z fusów – wpadamy na zespoły klasy Hiszpanii czy Włochów, nie będziemy faworytami – bez względu na to, na kogo byśmy nie trafili. I zaczynają się ciężkie rozgrywki – 90 lub 120 minut. Grecy zostali mistrzami Europy w 2004 roku, nie mając nawet połowy profesjonalnego piłkarza, a mając furę szczęścia. Nie mówię, że zostaniemy mistrzami Europy – jestem daleki od tego, bo nie zasługujemy na to. Ale myślę, że będziemy mieli mnóstwo radości podczas tych mistrzostw.

Analizując mecz po meczu: pompowana jest atmosfera przedmeczowa, ogólne nastawienie jest takie, że Irlandię Północną rozbijemy. A ja tego spotkania boję się najbardziej.

Też się tego meczu boję najbardziej. Uważam, że układ, z którego wynika, że Irlandię Północną mamy na początku, jest najgorszy z możliwych. Ten zespół „wypruje” się w tym pierwszym meczu i potem nie będzie już tak silny. A to my gramy z nimi to pierwsze spotkanie. Irlandczycy to są fizole, to są rzemieślnicy, którzy niekoniecznie potrafią grać w piłkę, ale bardzo przeszkadzają. Powiedzmy sobie prawdę w oczy: my też nie jesteśmy zespołem, który pięknie technicznie będzie grać w piłkę. Zatem spodziewajmy się bardzo brzydkiego meczu, z małą liczbą sytuacji, często przerywanego gwizdkiem sędziego. I najbardziej boję się strat w ludziach, byśmy nie wyszli z dwoma-trzema poważnymi kontuzjami. I obawiam się tego, że Lewandowski będzie niemiłosiernie kopany przez Irlandczyków, którzy przy tym zadaniu będą się zmieniać. Jeden go pokopie, dostanie żółtą kartkę, pojawi się następny i będzie robił to samo.

A Robert, którego uważam za napastnika wybitnego, ma jeden feler, jedną wadę. Jest człowiekiem, który traci zimną krew w momencie, w którym jest traktowany z nadmierną brutalnością. Wyszło to bardzo wyraźnie w meczu Bayernu z Juventusem, kiedy miał wyjątkowo nieprzyjemnego obrońcę, dodatkowo wybitnego obrońcę, jakim jest Bonucci. On kopał go, szczypał go i robił mnóstwo nieprzyjemnych rzeczy. I Lewandowski wyszedł z siebie i zaczął się z tym Bonuccim przepychać – dostał żółtą kartkę, a nie przestał pyskować. Myślę, że tak jak Juventus doskonale wiedział, na czym się skupić, tak po tym meczu wiedzą też to Niemcy, Ukraińcy i Irlandczycy. I wszyscy będą mu uprzykrzać życie w sposób przepisowy i nieprzepisowy, jak tylko sędzia nie będzie widział. Jestem o tym przekonany.

W charakterze anegdoty powiem, że dwa dni po tym meczu z Juventusem - z którego Lewandowski wyszedł zwycięsko, bo nie tylko Bayern awansował, ale Robert strzelił bramkę po tym, jak Bonucci się machnął - rozmawiałem z prezesem Bońkiem. I powiedziałem, że trzeba o tym pogadać z Lewandowskim, bo Bońka jako autorytet on posłucha. Akurat miało się zaczynać marcowe zgrupowanie kadry. I prezes powiedział – tak, zamierzam o tym porozmawiać, bo ja też dostrzegłem, jak bardzo Bonucci wyprowadzał Roberta z równowagi. I zamierzam wziąć go na bok i pogadać o tym, co się wydarzyło. Boniek jak nikt inny zna Włochów, wie, jacy to są ludzie. Zna Materazziego i wszystkich innych – oni wszyscy wychodzą spod jednej sztancy. To jest dokładnie ten sam typ – włoscy obrońcy najpierw ci uprzykrzą granie, a zrobią to w sposób tak cwany jak Claudio Gentile, z którym i przeciwko któremu Boniek grał – podają ci rękę, a nogą wbijają w ciebie korki.

Powracając do spotkań – dalej mamy Niemcy i Ukrainę. Na miejscu trenera Nawałki Niemcy byś odpuścił?

Nieeee… W ogóle nie ma mowy! To takie rozumowania a la Janek Tomaszewski. Nie, nie! Nie ma możliwości odpuszczenia sobie czegokolwiek na imprezie rangi Mistrzostw Europy. To nie wchodzi w rachubę. Tym bardziej, że ja naprawdę uważam, że nie jesteśmy bez szans w starciu z Niemcami. Pierwszy mecz wygraliśmy szczęśliwie, ale w drugim to Niemcy wygrali szczęśliwie. Prowadzili 2:1, Polacy mieli szansę na wyrównanie... Gdyby to się potoczyło troszeczkę inaczej, moglibyśmy mieć remis.

Myślę, że wzięcie się za rogi z takim rywalem jak Niemcy w drugim meczu fazy grupowej będzie mogło nas ustawić w tym rankingu zespołów liczących się. Uzyskanie dobrego wyniku z Niemcami – na który nas jak najbardziej stać – to będzie fajna pompka dla samych graczy. A odpuszczanie meczów to jest jakaś herezja.

A Ukraina? Mówiłeś o Rumunii i Szwajcarii, że są do przejścia, to chyba nie powinniśmy się bać i Ukrainy.

Pewnie przeciętny kibic niewiele wie o Ukraińcach, trochę ich nawet lekceważy. Ten trochę bardziej zorientowany zna Konoplyankę i Jarmołenkę – dwóch skrzydłowych. I tu uwaga – na Jarmołenkę wyjdzie lewy obrońca, którego nie mamy. I tu jest kłopot, bo ten facet, Jarmołenko, mimo swych 189 cm wzrostu jest świetnie wyszkolony technicznie i już nas kiedyś pokarał, strzelając na Narodowym gola. Kołdra jest bardzo krótka – doznał kontuzji Rybus i jest kłopot. Ale Ukraina to nie tylko tych dwóch ludzi. To jeden z tych przeciwników niewygodnych. My w ogóle nie mamy łatwej grupy. Ona nie jest wcale prosta do grania. Pewnie najsłabszą drużyną jest Irlandia Północna, ale z nią gramy na samym początku, a oni w tym meczu pójdą na wyczerpanie. To jest zespół, który nie grał na żadnej imprezie od trzydziestu lat, od mistrzostw świata w Meksyku, więc włożą w ten mecz trzy dekady nieobecności na wielkich imprezach. W drugim, trzecim meczu trzeba będzie ich zeskrobywać z murawy, ale w pierwszym zagrają z nami.

Jeżeli nie Polska, to kto? Dla kogo będzie mocniej bić Twoje serce? Ja od lat czekam na przerwanie szekspirowskiej tragedii i na to, że Anglia coś zagra.

Nieodmiennie na takich wielkich imprezach, jak jeszcze nasi nie jeździli, kibicowałem Francuzom – z racji tego, że mieszkałem tam przez kilka lat. Zawsze kibicowałem też Wyspiarzom. Największą estymę miałem dla Szkotów. Są mi bardzo bliscy, bo w tych swoich greckich tragediach są podobni temu, co się dzieje u polskiej reprezentacji. Szkocja miała zespół ładnie grający w piłkę, a potrafiła nie wyjść z grupy, bo trafiała na Brazylię i Związek Radziecki. Zawsze jej kibicuję

No, tym razem nie pokibicujesz.

Kibicuję więc Anglikom, bo ich lubię, a ich futbol jest mi bliski.

Lubisz atmosferę stadionu?

Bardzo!

Chciałbyś się znaleźć na meczu podwyższonego ryzyka: Anglia – Walia?

Oj taaaaak! To jest rzeczywiście coś. Ja w ogóle lubię angielski styl kibicowania, tych wszystkich bezzębnych grubasów, z drugiej strony płaczących kibiców.

Podoba ci się to, że kibice dwóch drużyn siedzą np. obok siebie w sektorze? W Polsce to jest nazywane januszowaniem, odejściem od klimatu. W Anglii byłem na meczu Chelsea z Manchesterem i widziałem siedzących obok siebie kibiców w niebieskich i czerwonych koszulkach. Nic się nie działo…

No widzisz. Też byłem na meczu Chelsea-Manchester United. To było na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu i wtedy te dwie drużyny biły się o tytuł. Jeśli Manchester wygrałby w Londynie, byłby mistrzem. Manchester strzelił gola na 1:0. Siedziałem z kolegą, fanem Manchesteru United, w sektorze kibiców Chelsea. Obok nas tacy typowi kibice Chelsea z doków. Widać było te gęby ogorzałe, widać, że z niejednego pieca chleb jedli i że tu żartów nie ma. I w tamtym sektorze siedziało trzech kibiców Manchesteru United rozstrzelonych w różnych jego częściach – widać ich było po czerwonych koszulkach. Mówię mojemu kumplowi: niech ci nie przejdzie przez głowę wyrażać tutaj radość, gdyby MU strzelił gola, bo możemy stąd nie wyjść. Odpowiada: dobra, dobra – spoko. Akurat mieliśmy takie miejsca, że ja siedziałem z przodu, a on za moimi plecami. Manchester United strzelił tego gola, kumpel huknął mnie w plecy tak, że mi tchu zabrakło. A tych trzech kibiców wstało i podniosło ręce. Było jeszcze spokojnie. Po chwili dwóch usiadło, ale jeden, najwyraźniej po paru piwach, odwrócił się tyłem do murawy i przodem do kibiców Chelsea, którym przekazał, że Manchester United wygra i będzie mistrzem. Jeden z kibiców Chelsea nie wytrzymał, sprzedał mu taką plombę, że ten się nakrył nogami i poleciał kilka rzędów niżej. I co? Nie pojawił się żaden policjant, a na sektorze był tylko jeden steward, Hindus, lekko powyżej 160 centymetrów wzrostu. On powiedział tylko jedno słowo do krótkofalówki, ale na pełnym spokoju, po czym palcem wskazał jednego i drugiego, który właśnie wycierał krew z nosa. Jak w szkole. I podeszło ich dwóch. Siedziałem blisko tego stewarda, który powiedział im tak: „Oddajecie bilety, wychodzicie ze stadionu i zapominamy o sprawie. Jeśli nie, wzywam posiłki”. I oni tak zrobili – oddali bilety, wyszli, był spokój. Nawet nie było słowa kłótni. Nie wyobrażam sobie, aby taka historia zdarzyła się na polskim stadionie.

Po co ci bieganie w maratonach? Jeszcze wyjeżdżanie do Stanów, bieganie w miejscu, gdzie były zamachy terrorystyczne?

To jest mój sposób na życie. Niektórzy po trzydziestce, czterdziestce szukają różnych rzeczy: zdradzają swoje żony, zaczynają kleić modele samolotów, jeszcze inni idą w alkohol. Ja biegam. Zapałałem miłością do maratonów. Jestem typem zadaniowca. Bardzo lubię mieć cel na końcu – czy to w pracy, czy to w życiu. I albo robię coś na sto procent, albo nie robię. Moja żona twierdzi nawet, że za bardzo jestem zorientowany na cel i nie potrafię podejść do treningu z takim luzem, radością, żeby tylko się nacieszyć. A ja uwielbiam mieć cel. Celem jest oczywiście meta maratonu. Ale ten okres maratonu, kiedy ja schodzę z treningu i jestem zmęczony tak do podszewki – wtedy jestem przeszczęśliwy. Zmęczenie fizyczne powoduje u mnie odpoczynek psychiczny.

Endorfinista! Czyli każdy ma swój nałóg…

Zdecydowanie! Dziś zbieram medale z maratonów i tatuaże na ręce. Każdy na pamiątkę jednego maratonu. Ale tatuaże są tak zrobione, by nie widać ich było spod mankietu marynarki (śmiech). Uwielbiam to. Kiedyś przebiegłem cztery maratony warszawskie, przebiegłem maratony w Nowym Jorku, ale od jakiegoś czasu uznałem, że jest tyle pięknych miejsc na świecie, że wolimy pojechać z żoną do jakiegoś miejsca, w którym nas nie było i biegniemy razem.

Czyli to rodzinna sprawa?

Tak, żona biegała maratony. Ale stwierdziła, że ona podchodzi do tego mniej na serio i będzie ze mną jeździła tylko tam, gdzie są organizowane półmaratony. A ja jestem taki, że kiedyś zdarzyło mi się na wakacjach przebiec dwa maratony w tydzień – bo akurat były.

Na wakacjach?!?

Tak. Na jeden maraton pojechaliśmy w sposób zaplanowany. Polecieliśmy do Orlando, do Disneylandu z dziećmi. I miało być tak, że tydzień chodzimy z dziećmi po miasteczkach, a tydzień jest dla nas, z dala od ludzi. Na jakiejś wyspie. Znaleźliśmy Bahamy. No, ale jak tam dolecieliśmy, okazało się, że tam też jest maraton. To co było zrobić… Byłem po jednym – drugi przebiegłem w tempie żółwim, ale trzeba było pobiec.

A jak jest z boksem? Dalej walczysz?

Niestety boks musiałem bardzo mocno zarzucić, ale to się wiąże z moją chorobą. Jestem po dwóch zatorach płuc. Byłem na granicy życia i śmierci. Mój lekarz powiedział mi, że nie miałem prawa tego przeżyć, ale jednak przeżyłem. Byłem bokserem amatorem – przez sześć lat boksowałem u trenera Krzyśka Kosedowskiego (brązowy medalista olimpijski z Moskwy – przyp. red) . W boksie po sześciu latach dowiedziałem się, jak mało umiem. Trener powiedział mi, że gdyby bokserzy mieli takie serce jak ja, to byliby wielcy. Byłem – jak mówił – nieutalentowany, z czym się do końca nie zgadzam, ale z sercem.

W boksie najfajniejsze są sparingi. Ja je uwielbiałem. Zakładałem kask, zakładałem szczękę i walczyłem. Moją karierę bokserską zakończyłem z jednym nokautem w jedną i drugą stronę. Raz ja leżałem na deskach, raz rywal. Ale niestety od momentu, kiedy biorę leki na rozrzedzenie krwi, nie mogę uprawiać sportów kontaktowych, bo one grożą mi wylewem.
Są rzeczy w życiu ważniejsze.

Tomasz Smokowski - komentator i dziennikarz sportowy. Od 1995 roku związany z CANAL +.