W kabinie transportowca C-295M o numerze bocznym 013 są trzy osoby: dowódca załogi – kapitan pilot Edward Laszczak, drugi pilot – podporucznik Tomasz Smorągiewicz oraz technik pokładowy – starszy chorąży Andrzej Kwiecień. Lot z Balic na Okęcie trwa około 50 minut. Tu czeka na nas zespół transplantacyjny z Instytutu Kardiologii w Aninie. Wsiadają dwaj kardiochirurdzy i dwie instrumentariuszki. Na pokładzie wojskowego samolotu są pierwszy raz. To ich dziewiczy lot transportowcem. Technik mocuje na środku pokładu lekarskie bagaże, wśród których jest termos służący do przewożenia organów. Startujemy.

>>> Jegostrona.pl na Facebooku - polub i bądź na bieżąco!

Podczas lotu do Wrocławia, gdzie czeka dawca, próbujemy rozmawiać. Nie jest łatwo: przeszkadza hałas, a członkowie zespołu transplantacyjnego są oszczędni w słowach. O dawcy wiedzą niewiele. Nie zdążyli zapoznać się z dokumentacją medyczną. Są poinformowani, że pobranie będzie wielonarządowe.

„Dzisiaj jesteśmy na dyżurze. Koordynator zawiadomił nas, że jest dawca. My lecimy po serce, a Poltransplant umawia kolejne zespoły do pobrania innych narządów”, wyjaśnia Dorota Bartnik, instrumentariuszka. Poltransplant to Centrum Organizacyjno-Koordynacyjne do spraw Transplantacji. „Mam nadzieję, że trafimy na miejsce szczęśliwie. W 2010 roku, gdy do pobrania lecieliśmy śmigłowcem, pogoda zmieniła się tak szybko, że musieliśmy lądować w przygodnym terenie i nie zdążyliśmy”.

„To, że udajemy się po serce, nie oznacza, że z nim wrócimy. Ostateczną decyzję o pobraniu organu podejmujemy po otwarciu klatki piersiowej dawcy”, wyjaśnia kardiochirurg Szymon Kocańda. Zdarzają się sytuacje, że pacjent zakwalifikowany jako dawca nie spełnia wymagań. „Wyniki badań mogą być dobre, ale zdarza się, że serce ma wady, które widać dopiero po otwarciu klatki piersiowej”, precyzuje drugi z lekarzy Piotr Brzozowski. „Poza tym w czasie pobrania pacjent może zdestabilizować się krążeniowo. Wtedy również odstępujemy od dalszych czynności”.

Serce pobiera się od osoby zmarłej, u której stwierdzono śmierć mózgu. Mimo to organ takiego pacjenta funkcjonuje: bije i utrzymuje odpowiednie ciśnienie krwi. Najczęściej dawcami są osoby poniżej pięćdziesiątego roku życia, które nigdy nie chorowały na serce.

NA SYGNALE

Załoga C-295M zostaje na wrocławskim lotnisku. Na zespół pobraniowy czeka już karetka, którą pędzimy przez miasto do szpitala akademickiego. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Budynek jest ogromny, karetka podjechała pod niewłaściwe wejście, a czas ucieka. Do operacji pozostało dziesięć minut. Lekarze i instrumentariuszki pospiesznie wracają do pojazdu, który wiezie ich do wejścia głównego. Szybko odnajdują blok operacyjny. Błyskawiczna zmiana odzieży: fartuchy ochronne, czepki, obuwie. Nagle wzrok wrocławskich lekarzy koncentruje się na mnie. Spoglądają na aparat i każą mi poczekać. Dwie minuty później pielęgniarka prowadzi mnie do szatni. Wkładam odzież ochronną. Wszystko dzieje się bardzo szybko. „Jest zgoda szefa, będzie pani przy pobraniu”, zapewnia. Wchodzimy na salę operacyjną.

Dawcą jest dwudziestoczteroletni mężczyzna. Zmarł na skutek pęknięcia krwiaka podtwardówkowego. W szatni usłyszę później, że prawdopodobnie był ofiarą pobicia. Pielęgniarki przygotowują go do operacji. Prócz niego na sali są trzy–cztery zespoły transplantacyjne, wrocławscy chirurdzy, anestezjolodzy i pielęgniarki. W sumie kilkanaście osób.

Operację zaczyna mający pobrać serce zespół z Anina. Dwie instrumentariuszki Dorota Bartnik i Katarzyna Lewińska stoją u boku kardiochirurgów. Za nimi ustawiają się inne zespoły pobraniowe. Czekają na swoją kolej. Po lekarzach nie widać zdenerwowania ani niepokoju. Dopiero po operacji przyznają, ile wysiłku kosztuje ich ta praca. Gdy rozcinają klatkę piersiową chłopaka, wycofuję się. Chwilę później na korytarz wychodzi jeden z lekarzy. Przekazuje chirurgowi z Instytutu Kardiologii w Aninie, który ma wszczepić serce czekającej osobie, decyzję: „Bierzemy”.

Jest chwila, by porozmawiać. Szymon Kocańda wyjaśnia, że choć w trakcie pobrania narządów zawsze jest na sali operacyjnej tłok, to każdy wie, co ma robić: „Otworzyliśmy klatkę piersiową i przygotowaliśmy serce do pobrania. Inne zespoły robią to samo z pozostałymi organami. Najwięcej pracy jest podczas przygotowania wątroby, dlatego tyle to trwa. Jak oni będą gotowi, zatrzymujemy serce i wycinamy”. Doktor przyznaje, że emocje towarzyszą mu do momentu, kiedy zobaczy serce i zdecyduje o tym, czy nadaje się do przeszczepu.

CENNE MINUTY

Kiedy „wątrobowcy” zakończyli pracę, do akcji znów wkroczyli kardiochirurdzy. O godzinie 14.55 klemują aortę, a następnie wycinają serce. Nie ma już tętna i EKG. Tę właśnie godzinę
lekarze wpisują do dokumentacji medycznej jako czas zgonu pacjenta. Instrumentariuszki umieszczają serce w worku z płynem kardioplegicznym, worek trafia zaś do pojemnika z zimną solą fizjologiczną. Wszystko umieszczane jest następnie w termosie utrzymującym niską temperaturę, a potem zostaje schowane w przenośnej lodówce.

Lekarze informują pilotów o zakończeniu operacji. W karetce pędzącej na lotnisko słychać tylko wyjący sygnał, nikt ze sobą nie rozmawia. Dochodzi wpół do czwartej, ruch w mieście duży. Za każdym razem, kiedy musimy na chwilę stanąć w korku, wszyscy nerwowo spoglądają na zegarki. Zamknięta brama uniemożliwia wjechanie na lotnisko. Z szoferki lecą przekleństwa. Każda sekunda jest na wagę złota. Po kilku minutach jesteśmy znów na pokładzie samolotu.

Gdy maszyna jest już w powietrzu, atmosfera staje się luźniejsza. Medycy chodzą po samolocie, zaczynają opowiadać. „Na bloku operacyjnym pracuję 18 lat, ale to dopiero mój drugi lot do pobrania. Strasznie się denerwowałam”, opowiada Dorota Bartnik. „Ściska mnie w brzuchu, kiedy myślę o tym, że godzina pobrania serca to równocześnie godzina śmierci tego chłopca. Ale też cieszę się, że wieziemy komuś życie. Do tego jeszcze ta presja czasu. To niemiłe uczucie. Od zaciśnięcia aorty dawcy do odblokowania jej u biorcy nie mogą minąć więcej niż cztery godziny”.

Przed siedemnastą lądujemy na Okęciu. Zespół w pośpiechu opuszcza samolot. W instytucie do operacji przygotowany jest już biorca – czterdziestoletnia kobieta.

W DRODZE DO DOMU

„Latam dla Akcji Serce od kilkunastu lat, wcześniej na An-26. Za każdym razem wiąże się to z emocjami, może odczuwam nawet lekki stres”, opowiada dowódca załogi kapitan Laszczak. „Kiedy lekarze dzwonią do mnie z informacją, że jadą z sercem na lotnisko, wiem, że nie mamy czasu na błędy. Jestem świadom, że wiozę komuś życie”. Po serce wysyłana jest zawsze załoga dyżurna. Nie ma tu żadnych reguł, choć najczęściej po organy lata się w nocy.

„Te zadania traktujemy priorytetowo. Nigdy nie odmawiamy, mimo że często są to dni wolne, święta albo późna pora”, mówi podporucznik Smorągiewicz.

W Akcję Serce angażują się piloci śmigłowców z Gdyńskiej Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej i 25 Brygady Kawalerii Powietrznej z Tomaszowa Mazowieckiego, a także 49 Pułku Śmigłowców Bojowych. Do niedawna uczestniczyły w niej także załogi 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Najwięcej lotów wykonuje 8 Baza Lotnictwa Transportowego. Początek wojskowej Akcji Serce datuje się na 11 sierpnia 1987 roku. Samolot An-12 pilotowany przez majora Stanisława Florka (dziś podpułkownika w stanie spoczynku) na pokładzie ze Zbigniewem Religą leciał po serce do Goleniowa. Pionierską operację profesor przeprowadził w Zabrzu.

Do końca 2010 roku obowiązywały umowy między jednostkami wojskowymi a konkretnymi ośrodkami kardiochirurgii, na których potrzeby takie loty mogły się odbywać. W tym roku udział wojska w Akcji Serce usankcjonowała umowa zawarta między resortami obrony i zdrowia. Siły zbrojne uczestniczą w niej nieodpłatnie, a piloci te dodatkowe obowiązki traktują jako loty szkolne.