O tym, że życie osób splecionych małżeńskim węzłem pełne jest ekonomicznych paradoksów, narzeczeni przekonują się, jeszcze zanim staną na ślubnym kobiercu. Już organizując samą uroczystość i przyjęcie, przyszli państwo młodzi doświadczają pierwszych objawów cenowej dyskryminacji. Cena wszystkiego – od fotografa, poprzez weselny obiad czy kolację, po DJ-a (czyli w dawnej polskiej nomenklaturze orkiestrę) – jest podejrzanie wysoka. Niedawno jeden z amerykańskich blogerów ekonomicznych opowiedział następującą historię. Planując z narzeczoną ślub, zdecydował się na przyjęcie z tortem w samym kościele, a potem na kolację tylko dla najbliższej rodziny. Kiedy szukał DJ-a usłyszał cenę 500 dol. za trzy godziny grania muzyki. Kiedy powiedział, że impreza nie będzie klasycznym przyjęciem weselnym, cena spadła do 350 dol. „Odtąd zaczęliśmy planować nie wesele, a zwyczajną imprezę. Cena wszystkiego spadła średnio o 25 proc.” – wspomina.

Co więcej, każde małżeństwo musi zmagać się z problemem utrzymania wewnętrznej spoistości. Tu rola pieniędzy jest mocno dwuznaczna. Z jednej strony trudno odmówić głębi staremu przysłowiu, w myśl którego gdy bieda puka do drzwi, miłość wyskakuje oknem. Z drugiej strony jednak wielu przekonuje, że o powodzeniu małżeństwa decyduje nie tyle zgromadzona fortuna, ile ogólne nastawienie do pieniędzy. Naukowcy z amerykańskiego Brigham Young University zakończyli właśnie projekt badawczy, podczas którego odpytywali pary małżeńskie o ich stosunek do wszystkich możliwych spraw tego świata (od poglądów politycznych przez miłość do zwierząt). Następnie zestawili te wyniki z zadowoleniem małżeńskim tychże par. Okazało się, że jedyną wyraźną korelacją były pieniądze. Im niżej małżonkowie cenili pieniądze, tym lepszy był ich związek. Co ciekawe, ewidentnie materialistycznie nastawione pary wypadały źle niezależnie od tego, czy ich finansowe ambicje były spełnione, czy też nie. Według zasady: im więcej pieniędzy, tym więcej kłopotów.

Ekonomiczne konsekwencje ma rzecz jasna również to, że instytucja małżeństwa od dziesięcioleci stopniowo traci na solidności (można to zaobserwować po wzrastającej liczbie rozwodów). Ale jak to zwykle bywa, każda akcja wywołuje reakcję. Widać to choćby w najnowszej pracy dwóch ekonomistek z Uniwersytetu Nowojorskiego Raquel Fernandez i Joyce Cheng Wong. Pokazują one, jak historycznie pierwsza duża fala rozwodów, która nawiedziła USA w latach 50. i 60., spowodowała, że wchodzące wówczas w dorosłość pokolenie kobiet gremialnie ruszyło na uniwersytety (między 1935 a 1955 r. liczba kobiet na amerykańskich kampusach się potroiła). Wszystko po to, by uchronić się przed sytuacją, w której rozpad małżeństwa oznaczał dla kobiety pewną ekonomiczną degradację.

Wracając do pytania Kierkegaarda o opłacalność małżeństwa. Należy ono oczywiście do gatunku tych, na które odpowiedzi może być tysiące. Sęk w tym, by wybrać dla siebie tę właściwą. Jak choćby ta, której udzielił zmarły w ubiegłym roku pisarz J.D. Salinger w swoim opowiadaniu „Zoey”: „Mówili mu: gdy się ożenisz, nigdy już nie będziesz mógł siedzieć w pociągu przy oknie. A on tak lubił jeździć pociągami”.

Przygotowanie ślubu oznacza ogromne wydatki. Jednak nie zawsze tak musi być. Jeden z amerykańskich blogerów opisał sytuację, w której zamiast o weselu, mówił o organizowaniu zwykłej imprezy. Ceny natychmiast spadły o 25 proc.