James Bond w ostatnim wcieleniu (Daniel Craig) wyskakuje z partnerką z płonącego samolotu, po czym spotykają się w powietrzu i na jednym spadochronie lądują w czeluści głębokiej jaskini. Tym razem filmowcy nie przekroczyli granic absurdu; wykonywano już podobne skoki między innymi do najgłębszej studni jaskiniowej Sótano de las Golondrinas w Meksyku. Spadochroniarstwo jest bowiem dziedziną uwalniającą nieograniczoną fantazję: Freefly – to fantastyczne zabawy w przestrzeni; Relativ Work – układanie figur w liczących setki osób zespołach; BASE Jump – skoki z budynków, mostów i wszelkich budowli przemysłowych… Co rusz pojawiają się nowe, szalone pomysły. Felix Baumgartner, który skoczył z najmniejszej wysokości (29 metrów), zamierza wkrótce oddać skok z 36 tysięcy metrów, czyli niemal z Kosmosu!


>>> Jegostrona.pl na Facebooku – polub i bądź na bieżąco >>>


NA WĘDKĘ

Czy w desantowaniu jest tak wiele romantyzmu i przygody, jak w buńczucznych pieśniach śpiewanych przez pokolenia żołnierzy noszących bordowe berety? Otóż spadochroniarstwo desantowe stanowi jedynie nie do końca bezpieczną formę wejścia do walki, czyli „dojazdu do pracy”. Środek lokomocji, w tym przypadku spadochron AD-96, kształtem przypominający pieczarkę, nie bez powodu nazywany glebotłukiem (częściej nawet bardziej wulgarnie), nie jest sprzętem przyjaznym człowiekowi. Wprawdzie używana już od lat czasza ma tę właściwość, że poprawnie ułożona za każdym razem się otwiera, ale opadający na niej szturman niewiele może zrobić, żeby spotkanie z ziemią było delikatne.

Gdy samolot obierze kurs bojowy, trap zostanie opuszczony i zapali się zielone światło, żołnierz biegnie przed siebie, aż pęd powietrza „wyssie” go z pokładu. W trakcie praktykowanych w wojsku skoków „na wędkę” otwarcie spadochronu następuje samoczynnie. Skoczkowi pozostaje spojrzeć do góry, by sprawdzić, czy czasza otworzyła się prawidłowo. Jeśli coś nie gra, na przykład wywinął się tak zwany kalafior, czyli przeplotły się przez nią linki, musi je natychmiast ściągnąć lub błyskawicznie otwierać zapasowy spadochron. Takie przypadki nie zdarzają się często, ale jednak. W trakcie opadania polski żołnierz powinien we właściwym momencie wypiąć i spuścić na linie zasobnik, by ten pierwszy był na ziemi. W ostatniej fazie trzeba połączyć obie nogi i wykonać skręt tułowia na taśmach, by się nie potłuc podczas lądowania plecami czy bokiem do kierunku wiatru. Niby to sporo roboty w krótkim czasie, dawka adrenaliny, ale podniebna przygoda dzieje się gdzie indziej.

KWESTIA ZAUFANIA

Paradoks polega na tym, że w desancie masowym, gdy całe pododdziały zrzucane są niemal bezpośrednio na pole walki, od wysokości skoku zależy, jak długo żołnierze będą wystawieni na ostrzał przeciwnika. Im mniejsza jest ta wysokość, tym krócej opadają ku ziemi, a więc odpowiednio maleje też niebezpieczeństwo, że zostaną trafieni.

Na zwykłych zajęciach szkoleniowych skacze się z 400 metrów, w czasie ćwiczeń taktycznych z 300, na bojowo nawet z 200 metrów. W tym ostatnim przypadku nie ma czasu na nic – po otwarciu czaszy żołnierz ma tylko kilka sekund do spotkania z ziemią. Dlatego bezpiecznejsze są skoki z większych wysokości.

Żołnierz desantowany w rejon pola walki, szczególnie nocą, gdy nie widzi ziemi, nigdy nie wie, gdzie „przyglebi”. Musi więc zaufać wchodzącym dobę wcześniej do działania kolegom – co też zaczyna się od skoku spadochronowego – którzy wybierają i przygotowują zrzutowisko. A także pilotowi samolotu, instruktorowi pokładowemu i instruktorowi dyżurnemu zrzutowiska, odpowiedzialnym za precyzyjne naprowadzenie maszyny i dokonanie zrzutu z uwzględnieniem kierunku i siły wiatru.

Mimo że wspomniani fachowcy pracują zazwyczaj perfekcyjnie, do urazów dochodzi często. Zwichnięte czy połamane nogi są zazwyczaj wypadkową błędów skoczka, silnego wiatru i twardej ziemi. Dlatego na przykład żołnierze 6 Brygady Powietrznodesantowej chętnie skaczą na miękkie podłoże Pustyni Błędowskiej. Straty w ludziach wcale nie stanowią polskiej specyfiki. W czasie tegorocznych ćwiczeń „Dragon ’11”, w trakcie wspólnego desantu mimo dość dobrych warunków kontuzje przydarzyły się doborowym żołnierzom trzech nacji – Amerykanom, Kanadyjczykom i Polakom.

PREZENT Z NIEBA

Właśnie w żołnierzy z pododdziałów desantowych, najwięcej ryzykujących, szczególnie boleśnie uderzyło podniesienie rocznej normy skoków z pięciu do dziesięciu. To niechciany prezent z kilku powodów; główny to niemożność wykonania nowej normy.

Rozporządzenie Rady Ministrów z 15 lipca 2011 roku w sprawie szczegółowych warunków podwyższania emerytur wojskowych zadziałało wstecz, od marca. I już w tym roku żołnierze nie zdołali wykonać limitu; nie będą mieli takiej możliwości również w następnych latach. Nie skaczą przecież z dachu – jak BASE jumperzy – tylko ze statków powietrznych. Potrzebują przydzielenia dodatkowych godzin lotu (zarezerwowania dla nich paliwa), a także muszą mieć dostęp do samolotów. Te zaś są nieustannie kierowane do obsługi misji, a ostatnio, po decyzji o rozwiązaniu 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, wykonują również jego wcześniejsze zadania.

Dodanie pięciu skoków do limitu nie ma również uzasadnienia ze względów szkoleniowych. W desancie każdy skok czemuś służy i coś z niego wynika – wznowienie nawyków, skok z bronią i wyposażeniem, taki sam, ale nocą i tak dalej. Po każdym następuje przejście do działania. Po piątym żołnierz jest już przygotowany do desantowania w dopuszczalnych normami warunkach, na bojowo. Więcej mu nie trzeba. A nikt dotąd nie wskazał spadochroniarzom, czemu ma służyć prezent, którym zostali obdarowani, i jakich zmian w związku z nim mają dokonać w programie szkolenia. Chyba nie chodzi jedynie o to, żeby porozbijać ludzi. W desantowaniu masowym
norma dopuszcza pięć procent strat, a w warunkach bojowych do dziesięciu.

Nie jest to więc kwestia lepszego wyszkolenia, nie jest to również oczekiwany dar dla miłośników spadochroniarstwa. Ci ostatni bowiem unikają spadochronu desantowego jak dżumy. Wyżywają się w aeroklubie lub na strefie zrzutu, gdzie skaczą komfortowo i bez porównania bezpieczniej z użyciem spadochronów z czaszami tunelowymi. A w wojsku mogą przejść do awangardy albo zostać instruktorami i korzystać z AD 2000, wojskowej wersji spadochronu tunelowego.

KASTA NA TUNELOWYCH

Bezwzględnie trzeba odróżniać desantowców od, tworzących odrębną kastę, instruktorów spadochronowych, żołnierzy z zabezpieczenia desantowania i zwiadowców używających spadochronów tunelowych. Spadochron tunelowy jest komfortowym urządzeniem, nad którym wytrawny skoczek sprawuje pełną władzę. Jego czasza, złożona z przelotowych komór, po otwarciu pracuje jak płat skrzydła. Skoczek, trzymający w ręku „kołki”, za których pomocą ściąga linki sterujące, decyduje o kierunku lotu. Nie może jedynie polecieć do góry. Ściągając jednocześnie obie linki, na chwilę „włącza hamulec”, co pozwala wybrać miejsce lądowania i przyziemić niemal na palcach. Mistrzowie sportowi w skokach na celność osiągają niezwykłą perfekcję, trafiając obcasem buta w trzycentymetrowe centro.

Żołnierze nie potrzebują takiej dokładności, ale w szkoleniu uwzględnia się sytuacje, gdy będzie trzeba lądować na dachu budynku lub skrawku terenu. Spadochron tunelowy ma tak zwaną dużą doskonałość, czyli zdolność do lotu postępowego, a nie tylko do opadania. Dzięki temu komandosi czy zwiadowcy po skoku z wysokości kilku tysięcy metrów mogą jeszcze pokonać trasę 20–30 kilometrów. Lecą zazwyczaj niewielką formacją, mogą nawet zdalnie kierować spadochronami z dodatkowym sprzętem, a z pomocą nawigacji satelitarnej wyjść z chmur i przyziemić całym zespołem na powierzchni wielkości boiska do koszykówki.

Szczególne emocje wywołują skoki z dużych wysokości z natychmiastowym otwarciem spadochronu (HAHO) oraz z otwarciem czaszy nisko nad ziemią (HALO). To niezwykle trudne, więc skoki z 7 tysięcy metrów, a wyjątkowo z 10 tysięcy wykonywane są sporadycznie. Im wyżej bowiem, tym człowiek i technika częściej bywają zawodni. Dlatego niewielu żołnierzy, w tym z elitarnych formacji, spełnia warunki dopuszczenia
do skoków związanych ze skrajnymi zmianami ciśnienia w krótkim czasie. Skoczek wyskakuje z samolotu w strefie śmierci, gdzie panuje temperatura około minus 50 stopni Celsjusza, i wpada niemal w próżnię. Spadając z szybkością około 200 kilometrów na godzinę, przy skoku typu HALO otwiera spadochron po kilku minutach, na mniej więcej tysiącu metrach. Przy skoku HAHO otwiera czaszę powyżej wysokości szczytu Mount Everest, czyli na ponad 8 tysiącach metrów. Mimo specjalistycznego kombinezonu i aparatury tlenowej dla organizmu jest to szok. A przecież w takich warunkach żołnierz wykonuje skomplikowane zadanie. Przygotowania do tak niezwykłego wyczynu prowadzone są na znacznie mniejszych wysokościach, w granicach 4 tysięcy metrów, a trening zachowania w powietrzu odbywa się w tunelach aerodynamicznych. Taki tunel budowany jest właśnie w Ośrodku
Szkolenia Aeromobilno-Spadochronowego w Leźnicy Wielkiej.

Spadochroniarze zawsze będą należeć do elity, ich skoki zaś budzić emocje. Wynika to nie tylko z niezwykłej formy dotarcia do pracy prosto z nieba. Mamy w tej dziedzinie chwalebną historię i pięknie zapisaną kartę współczesnych dokonań. „Skaczące jednostki” – specjalne, powietrznodesantowe, aeromobilne i rozpoznawcze – należą w naszych siłach zbrojnych do awangardy. Dobrze by było to zrozumieć, zanim się zacznie rozdawać niechciane prezenty.

Stracą desantowcy

Instruktorzy spadochronowi klasy mistrzowskiej, z którymi rozmawiałem na temat podwyższenia rocznej normy skoków z pięciu do dziesięciu, podkreślali, iż nie występują w swoim interesie. Oni z racji obowiązków wykonują zazwyczaj kilka razy więcej skoków niż wynosi obowiązująca ich norma (czyli dwadzieścia). Ocenili, że „prezent” okazał się kłopotem. „Ktoś się pomylił. Bo nie posądzamy nikogo, że w taki sposób chciał naszym żołnierzom odebrać możliwość podwyższenia emerytury o 1 procent podstawy wymiaru za każdy rok służby, doliczany tym, którzy wykonali normę skoków. Jeśli tak, to autor nowelizacji zrobił marny interes, gdyż w skali sił zbrojnych spadochroniarze desantowcy to garstka ludzi. Przepis godzi w żołnierzy 6 Brygady Powietrznodesantowej, a także w mniejszym stopniu 25 Brygady Kawalerii Powietrznej
i zwiadowców”.