Uzbrojeni bojownicy zatrzymują ciężarówkę na skraju lasu. Jedni terroryzują kierowcę, drudzy kierują lufy w stronę pasażerów znajdujących pod okrywającą pojazd plandeką. Dwaj napastnicy z wrzaskiem wdzierają się na pakę i zaczynają „robić porządki”. Doświadczeni fachowcy wiedzą doskonale, że o powodzeniu akcji decydują pierwsze sekundy. Muszą zastraszyć i podporządkować sobie oszołomionych ludzi, żeby nie mieli ochoty do stawiania oporu. Tak rozpoczyna się faza pojmania − trzeci etap ćwiczeń SERE rozgrywanych na poligonie drawskim, w którym w bojowników wcielili się operatorzy Straży Granicznej, role ich ofiar grają zaś żołnierze zwiadowcy − kandydaci na instruktorów w tej dziedzinie.

Gotowe! Teraz oprawcy mogą wyciągać pasażerów z pojazdu niczym przeznaczone na rzeź barany − wór na głowę i kajdanki na ręce. Zostają powiązani liną w pęczki... Pierwszy..., drugi..., trzeci... Nagle jedna z ofiar, wydawałoby się nieporadna i pogodzona z losem, wyrywa się i umyka w stronę rzadko rosnących sośniaków. Biegnie zakosami, co ma utrudnić strzelcom celowanie. Brawura i sprawność − mistrzostwo świata. Nagle zbieg, tak samo jak gwałtownie ruszył, teraz zamiera w bezruchu. Uświadomił sobie absurdalność desperackiej próby ucieczki. Unosi ręce do góry, bez oporu pozwala się powalić na ziemię, skuć kajdankami i poprowadzić do pozostałych.

W trakcie krótkiej akcji jeszcze dwaj inni pojmani stawili opór. Zamaskowany dowódca oprawców mówi więc, niby w przestrzeń, ale tak, żeby go wszyscy dokładnie usłyszeli: „Na dobry początek mamy trzech zabitych. Zginęli przez własną głupotę”. Ósemka więźniów dostaje pierwszy wyraźny sygnał, że heroizm wynikający z bezmyślności prowadzi do zguby.

Nie dalej jak wczoraj – bo ćwiczenia trwają już trzecią dobę – desperat z innej grupy również próbował ucieczki. I podobnie jak ten tutaj niczego sobie nie przygotował, nie przemyślał, tylko wyskoczył z budynku, obrał azymut i pognał przed siebie. Niedaleko... A przecież próba uwolnienia powinna być znakomicie przygotowanym działaniem, a nie prowizorką i pokazem brawury.


BODŹCE

W wolniejszej chwili, gdy pojmani zwiadowcy, w chłodzie podziemi Mogadiszu, przy akompaniamencie rozwalających psychikę dźwięków, „dojrzewają” do pierwszych przesłuchań, piętro wyżej rozmawiamy przy kawie z przywódcą „bojowników” o złożoności ludzkiej natury: „Nawet jeśli jest to tylko gra, pojmanie i uwięzienie, nieprzyjazne traktowanie czy ubezwłasnowolnienie są dla żołnierzy upokarzające”, mówi dowódca. „Budzą irytację, chęć stawiania oporu, niekiedy odwetu. Dlatego ci, którzy nie przemyśleli sprawy do końca lub nie przyjęli wspólnej dla obu stron konwencji, mają skłonność do rzucania się do ucieczki lub chwytania za odstawione gdzieś na boku karabiny. Nawet nie patrzą, czy magazynek jest podpięty. Nie myślą wtedy, że to my rozdajemy karty i nie jesteśmy głupcami. Tacy wojownicy stanowią zagrożenie dla siebie i dla całej grupy”.

Nie wiadomo, kto nazwał tę ruinę, a właściwie niedokończony budynek stojący pośrodku poligonu, Mogadiszu, ale to ponure miejsce od pierwszych ćwiczeń SERE pracuje na swoją legendę. W piwnicach przypominających lochy znajduje się „dojrzewalnia”. Pojmani nie wiedzą, jak ona wygląda, bo od pierwszej chwili zakłóca się ich zmysły – wzrok, słuch i węch. Najgorsze jest obwiązanie głowy bandażem, bo człowiek, który przestaje widzieć, co się dzieje wokół, traci pewność siebie, nie potrafi prawidłowo ocenić sytuacji. Nie wie, czy jest sam, czy w towarzystwie innych nieszczęśników, czy jest obserwowany. Próbuje zatem nasłuchiwać, wychwytywać najdrobniejsze dźwięki w oczekiwaniu, że ktoś da jakiś sygnał, znak wsparcia. Równie ważne są bodźce dźwiękowe. Więźniowie słyszą na przemian rozpaczliwy płacz dziecka, jeszcze bardziej dramatycznie brzmiący głos kobiecy, wreszcie wygłaszany jednostajnym tonem przez mężczyznę ogłuszający i niezrozumiały komunikat. Na dramaturgię przekazu można się dość szybko uodpornić, ale siła dźwięku paraliżuje myślenie i dociera aż do głębi. „Dojrzewanie” przyspiesza chłód wdzierający się pod kombinezony – malarskie jednorazówki, które pojmani przywdziali w trakcie równie upokarzającego jak samo pojmanie rytuału przebierania.

Tymczasem tkwienie w chłodzie, w niewygodnej pozycji, z poczuciem, że jest się nieustannie obserwowanym, obraca w niwecz wszelkie plany i koncepcje. Mija godzina za godziną, nie wiadomo, ile już ich upłynęło, jaka jest pora dnia, ile jeszcze czasu będzie się tu siedzieć? Pojmany wreszcie chce, żeby bojownicy przyszli po niego i zaprowadzili na przesłuchanie.


GRACZE

W czasie przesłuchania karty rozdaje przywódca. Pracuje już trzeci dzień od rana do popołudnia, zaś „rozmówcy” nieustannie się zmieniają. Mimo zmęczenia nie traci jednak dobrego humoru. Robi kolejną mocną kawę i bierze na tapetę „Piątkę”, który w tej konfrontacji udaje zdziwionego. Przesłuchanie rozpoczyna się standardowym pytaniem: „Co tutaj robisz?”. „Sam nie wiem, zgarnęli nas bandyci”, odpowiada jeniec. „Moi ludzie nie są
bandytami!”, oburza się przywódca. „Plątaliście się po podległym mi terenie i zostaliście schwytani. A jak trafiłeś do tej ciężarówki?”. „Piątka” tłumaczy, że w czasie kursu dostali rozkaz pomaszerować w określone miejsce: „Przeszkodziła nam burza. Złapaliśmy okazję, żeby podjechać... No i jak widać, nie dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy”. Przywódca dowiedział się, że towarzyszyli mu „Rysiek” i „Czesiek”, ale chce wiedzieć, czy oni są żołnierzami. Jeniec mętnie tłumaczy: „Nie wiem. Mundury dostaliśmy na zajęcia, żeby wtopić się w teren”. Przywódca szybko zmienia temat: „Zimno tam na dole?”. „Bardzo zimno”, pada odpowiedź. „Jeśli pokażesz, jaką trasą maszerowaliście, to dostaniesz ciepłe ubranie. A teraz zabierzcie go, niech zidentyfikuje «Ryśka» i «Cześka»”.

Doprowadzony po chwili „Czesiek” prezentuje tępy upór. Chłop jest nieduży, ale widać, że mocarny. Siedzi ze spuszczoną głową i… nic. Nie reaguje nawet na swoje imię. Tonem dobrej rady dostaje podpowiedź: „«Czesiek», twoi koledzy poszli na współpracę, dostali ciepłe ubrania, picie, jedzenie. A ty? Milczący nie jesteś nam do niczego potrzebny. Zacznij myśleć, współpracuj, bo mamy wiele do zaoferowania... Nawet życie”. Żołnierz opuszcza jeszcze niżej głowę omotaną bandażem, przez który nie przenika nawet promyk światła. Milczy! Wreszcie, po licznych próbach nawiązania kontaktu, słyszy słowa, których zapewne oczekiwał: „«Czesiek», nie rób scen! Masz jedno życie i jedno zdrowie. Nie chcesz gadać, idziesz do piekła!”.

Po nim wprowadzają „Czwórkę”, który na pytania odpowiada grzecznie, ale z namysłem, wręcz ociąganiem. Podejmuje wprawdzie współpracę, ale powoli, z lekkim oporem, jakby chciał zasygnalizować, że można od niego sporo uzyskać, lecz nie za darmo. Wreszcie, zwątpiwszy w domyślność przesłuchującego, pyta wprost: „Czy mogę prosić o coś do jedzenia?”. Dostaje kromkę suchego chleba, którą zręcznie wykorzystuje w swojej grze. Usłyszawszy pytanie, gryzie potężny kęs i powoli przeżuwa. Po drugiej stronie cierpliwość się wyczerpuje: „Przerwij jedzenie! Czy jesteś żołnierzem?”. „Nie”, pada odpowiedź.

„Czwórka” opowiada o trójce ludzi, którzy przyjechali w poszukiwaniu pracy. Sam jest budowlańcem, podobnie jak jego drugi towarzysz. Trzeci jest kucharzem. Dostali mundury i mieli dostarczyć plecaki z nieznaną zawartością w określone miejsce. Długo szli przez las, we trzech.

Następny przesłuchiwany, „Trójka”, źle zaczyna. Ma pretensje o złe traktowanie. Przypomina o konwencjach genewskich. „Jeśli oczekujesz stosowania konwencji genewskich, to znaczy, że jesteś żołnierzem”, szybko pada odpowiedź. „Jaki masz stopień?”. Domniemany żołnierz nie odpowiada, tylko bardzo trzęsie się z zimna. Przesłuchujący spokojnie to przeczekuje i usiłuje kontynuować rozmowę: „Jeśli jesteś żołnierzem i chcesz być tak traktowany, to powiedz, jaki masz stopień, podaj imię, nazwisko... Jeśli tego nie zrobisz, nie zamierzamy przestrzegać żadnych zasad”. Po kolejnej długiej chwili milczenia zamiast oczekiwanej odpowiedzi następuje wybuch: „Po co nas tu trzymacie? Chcę wrócić do domu, do rodziny!”. Kolejne pytanie uświadamia „Trójce”, że sam zastawił na siebie pułapkę: „Chcesz wrócić do rodziny? Dobra, podaj adres żony”.


ODBICIE

W kolejnych turach przesłuchań „przywódca” konfrontuje relacje. W efekcie czołowi gracze, wybici z rytmu, tracą pewność siebie, zaczynają się coraz bardziej plątać. Wreszcie wygłasza wielce pouczającą sentencję: „W każdym zespole zawsze znajdzie się taki jeden, który sp…y ciężką robotę pozostałych. Dobrze się chłopakom fabuła splatała, a ten jednym głupim pociągnięciem wszystko spalił”. Nie ma młodym oficerom i podoficerom za złe ich zachowań. Jest świadom, że zajęcia z fazy pojmania są dla nich nową i dość upokarzającą grą. Muszą się w niej przełamać, wcielić w dość niecodzienne i niezbyt komfortowe role.

Ostatnim, efektownym akcentem ćwiczenia jest akcja odbicia pojmanych. W krzyku, huku i zamieszaniu instruktorzy bacznie obserwują zachowanie żołnierzy. W newralgicznym momencie, gdy wybawcy (którzy jeszcze przed chwilą grali role oprawców) uderzają na Mogadiszu, wyzwalanych obowiązuje tylko jedna procedura − wszyscy na glebę, żadnej współpracy z wyzwolicielami, czekać na efekty. Nawet gdy jest już po wszystkim, nie można wstawać, witać się. Trzeba leżeć i do chwili zidentyfikowania odpowiadać jedynie na pytania wybawców. To właśnie teraz najłatwiej o błędy i przypadkowe ofiary.

LEGENDA

W podsumowaniu gry biorą udział wszyscy uczestnicy trwających trzy doby ćwiczeń. Nie były one testem dla twardzieli, sprawdzianem, ile kto wytrzyma. Główny organizator podkreśla: „W tych zajęciach staraliśmy się zmusić was do logicznego myślenia i konsekwentnego działania w trudnych warunkach. Zakłócaliśmy wam orientację w czasie i przestrzeni, stosowaliśmy środki, które wprawdzie nie naruszały fizyczności czy psychiki, ale powodowały znaczny dyskomfort”. Twierdzi, że w tej grze wycofanie się z zajęć nie było dla nikogo porażką, bo to nie zawody, nikt nie stawiał punktów i ocen. Wbrew pozorom scenariusz fazy pojmania kształtowali swym postępowaniem sami uczestnicy. Mieli prawo do popełniania błędów, ponieważ to dopiero pierwsze zajęcia, początek drogi. Nie docenili jednak kolegów z renomowanej formacji Straży Granicznej grających role bojowników. Niektóre grupy nie miały też dobrze przygotowanej „legendy”.

„A przecież chodziło tylko o inteligentną, logiczną, konsekwentną i prostą opowieść”, dorzuca przywódca. Nie miał też dobrego kontaktu z częścią pojmanych: „Chodziło o to, żebym was zapamiętał, choć nie widziałem twarzy. Trzeba zakładać, że może któregoś polubię i lepiej potraktuję. Jeśli ktoś uparcie milczy, sam sobie szkodzi. Nie broni wówczas swego zdrowia i życia”. Na zakończenie zwraca się do „Cześka”: „Czy naprawdę warto było cierpieć za ulotną chwilę satysfakcji, że udało się mnie wkurzyć?”.


Commentarium

Próbował uciekać jedynie po to, by przejść do historii jako twardziel.

Czy w czasie trzydobowych ćwiczeń SERE, symulujących przebywanie w niewoli uczestniczący w nich żołnierze uzyskują odpowiedź na najważniejsze pytanie: jak poradziłbym sobie, gdyby taka sytuacja przydarzyła się naprawdę? Mimo dążenia organizatorów do maksymalnie realistycznego odwzorowania zajęć, żołnierze mają przecież świadomość, że biorą udział w symulacji. Nie wolno wobec nich stosować przemocy fizycznej, ponieważ w każdej chwili mogą wtedy bez konsekwencji zrezygnować z udziału w ćwiczeniach. Jeśli jednak traktują zajęcia poważnie, po pewnym czasie angażują się w akcję, a ich emocje i zachowania są prawdziwe i naturalne. Mają wówczas okazję, żeby w bezpieczny i kontrolowany sposób zdobyć nowe doświadczenia oraz uzyskać bezcenną wiedzę o sobie, co znacznie zwiększa szanse skutecznego działania w realnych sytuacjach.

Niektórzy uczestnicy przyjęli założenie, że na żadnym etapie gry nic im nie grozi. Jeden z żołnierzy, który nie do końca serio potraktował zajęcia i nie w tym miejscu, co trzeba, nonszalancko zaczął przeprawę, przekonał się na własnej skórze, jak niebezpieczne bywa bagno. Jedynie natychmiastowa reakcja instruktorów uratowała nieszczęśnika. Dobrze, że chociaż na chwilę sytuacja wymknęła się spod kontroli, ponieważ wszyscy zrozumieli, że nawet umowność należy brać na poważnie.

W czasie symulacji uwięzienia w Mogadiszu niektórzy pojmani stwierdzili, że to są tylko ćwiczenia: „Nic mi nie mogą zrobić. Zaraz wszystko się skończy”. Po paru godzinach sytuacja zaczęła ich przerastać − czas dziwnie im płynął, nie wiedzieli, czy to pora obiadu, czy kolacji. Robiło się też coraz zimniej. do tego dochodziło zmęczenie, pojawiły się złe emocje, zaczynała się walka z samym sobą. Gdyby wszystko działo się naprawdę, sytuacja byłaby poważna. W ostatniej turze jeden z żołnierzy próbował uciekać. Bez sensu. czy zrobił to po to, by przejść do historii jako twardziel i bohater? Uczestnicy ćwiczeń czasem postępowali w sposób nie do końca przemyślany, bo nie wystarczy mieć energię na ucieczkę i zademonstrować, że się człowiek nie poddaje, bez względu na konsekwencje. A może warto się zastanowić, że zryw nie ma sensu, bo nie przebrnie się przez trudny teren? A co się stanie z towarzyszami niedoli? Bohaterowie ze skłonnością do brawury zagrażają sobie i innym.

Niektórzy próbowali walczyć do końca, inni po pewnym czasie podawali umówione hasło i rezygnowali z gry. To była zazwyczaj dobra decyzja. Nie byli przegrani, jeśli zyskali świadomość własnych ograniczeń, udało im się ocenić, że zbliżają się do granic swoich możliwości. Osoby postronne zadawały pytania: „Czy uczestnicy szkolenia pokazali, że są twardzi? Czy dostali wycisk? Czy doszli do granic swoich możliwości?”. W odpowiedzi zapadała konsternacja – pytania źle postawiono. W tej grze nie chodziło bowiem o sukces sportowy. Zadaniem było poznanie swoich słabych i mocnych stron, nauczenie się, jak w trudnych momentach zarządzać sobą i sprawdzenie, na ile w takich warunkach da się zapanować nad sytuacją. Sukcesem było uzyskanie świadomości: co czuję, co się dzieje z moim ciałem, co oznaczają pojawiające się stany psychiczne, czy to jest kryzys i czy nadchodzi koniec.

Musimy słuchać tego, co mówią ciało, instynkt, intuicja... To da nam odpowiedź na postawione na wstępie pytanie: jak poradziłbym sobie, gdyby taka sytuacja przydarzyła mi się w rzeczywistości?