Jestem żołnierzem Massuda, «Lwa Pandższiru»” – na północy Afganistanu te słowa nadal budzą szacunek. Ahmad Szah Massud nie żyje, lecz ci, którzy walczyli u jego boku, często uchodzą za żywe legendy. Inaczej jest na południu kraju. W Pasztunistanie lepiej nie przyznawać się do związków z „Lwem Pandższiru”. Także obcokrajowca, który wyrazi sympatię dla tego człowieka, Pasztuni natychmiast obrzucają surowymi
spojrzeniami. Taka jest legenda Massuda: oto afgański bohater narodowy... bohater części narodu.

NIEWYJAŚNIONA ŚMIERĆ

Ahmad Szah Massud zginął dwa dni przed atakiem Al-Kaidy na World Trade Center. O śmierć komendanta Sojuszu Północnego obwiniono organizację Osamy bin Ladena. Tymczasem dekadę po tym zdarzeniu Ahmad Wali Massud, brat „Lwa Pandższiru”, wciąż domaga się ostatecznego wyjaśnienia wszystkich okoliczności zamachu na komendanta. Jego zdaniem za perfekcyjnie zorganizowanym atakiem stało aż 27 międzynarodowych grup terrorystycznych. Były w niego zamieszane także rządy Pakistanu, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Śmierć niezwykle charyzmatycznego i niepokornego lidera opozycji w przeddzień obalenia reżimu talibów stała się też podstawą do wysnucia teorii spiskowej. Można przytoczyć kilka argumentów, których nie da się uznać za niedorzeczne. Gdyby po amerykańskiej interwencji w Afganistanie w 2001 roku Massud nadal żył, jako wielce zasłużony w walce z talibami zostałby zapewne najpoważniejszym kandydatem do objęcia władzy. Należy dodać, że byłby to zarazem kandydat na tyle niewygodny, że już na wstępie transformacja polityczna w Afganistanie skończyłaby się fiaskiem.
To mogła być zła wróżba dla Zachodu walczącego o wpływy w tej części świata.

Massud niejednokrotnie wikłał się w różnorakie sojusze (także międzynarodowe), jednak na własnej ziemi zawsze pozostawał niepokorny wobec obcych. „Lew Pandższiru” z pewnością nie pozwoliłby na panoszenie się w Afganistanie obcych wojsk, jak ma to miejsce obecnie – przyznają jego tadżyccy rodacy. Brat legendarnego komendanta przekonuje, że choć zamach był prezentem od Al-Kaidy dla reżimu talibów, jego okoliczności nigdy nie zostały wyjaśnione.

Większość Pasztunów szczerze nienawidzi tego Tadżyka. W obiegowej opinii krążącej w pasztuńskich środowiskach sprzedałby on wszystkie dobra Afganistanu, aby dalej prowadzić wojnę o władzę w Kabulu. Pasztuni z pewnością nie zaakceptowaliby zwierzchnictwa tego człowieka, przede wszystkim ze względu na pochodzenie etniczne. W krainie Hindukuszu wciąż ma to kluczowe znaczenie. Warto zadać pytanie dotyczące obecnego przywódcy Afganistanu: kto przed 2001 rokiem wiedział, kim jest Hamid Karzaj? Pasztun, który miał być lojalny wobec Ameryki – taki właśnie powinien być odpowiedni kandydat na przywódcę Afganistanu.

PODZIELONY KRAJ

Dziś afgańskie dzieci uczą się z podręczników w językach dari i paszto, że każdy mieszkaniec Afganistanu jest Afgańczykiem, i nie jest ważne, do jakiej grupy etnicznej czy plemienia należy. Również tekst afgańskiego hymnu narodowego propaguje etniczne równouprawnienie. Wymienia się w nim nazwy poszczególnych grup etnicznych zamieszkujących afgańską ziemię i podkreśla, że należy ona do wszystkich.
Animozji wynikłych z dziesiątek lat rywalizacji i nierównego traktowania nie da się jednak pokonać na obecnym etapie afgańskiej transformacji. Krzywdy pozostają w pamięci, dlatego wciąż najlepszym rozwiązaniem jest takie, gdy na czele kraju stoi przedstawiciel większości – Pasztun.

Talibowie wywodzą się głównie ze środowisk pasztuńskich, ale nie wszyscy Pasztuni są stronnikami mułły Mohammada Omara. Po latach doświadczeń w walce z talibami zarówno afgański rząd, jak i dowodzący operacjami ISAF oraz „Enduring Freedom” („Trwała wolność”) doszli do wniosku, że z talibami trzeba się wreszcie dogadać, aby z banitów ponownie stali się częścią afgańskiego społeczeństwa. Od kilkunastu miesięcy coraz częściej mówi się o rozmowach, bardziej lub mniej potajemnych. Do spotkań przedstawicieli rządu i talibów dochodzi gdzieś na Półwyspie Arabskim. Czasem rzekomo sami talibowie przybywają do Kabulu, a mułła Mohammad Omar szuka schronienia w domu Humy Sultani, posłanki reprezentującej prowincję Ghazni, której później sugeruje się badania psychiatryczne... Innym razem słyszymy, że głównym negocjatorem po stronie talibów okazała się podstawiona i niekompetentna osoba, na przykład handlarz pistacjami z pakistańskiej Kwety. Na oficjalnej stronie internetowej Islamski Emirat Afganistanu niezmiennie przekonuje jednak, że żadne rozmowy nie są prowadzone i nie zostaną podjęte, dopóki prezydent Karzaj nie nakaże Stanom Zjednoczonym wycofać wszystkich żołnierzy z afgańskiej ziemi. A jak wiadomo, on tego nie zrobi. I tak koło się zamyka.

Summa summarum rekoncyliacja to największe wyzwanie stojące przed Afganistanem. O dotychczasowe niepowodzenia w tej materii obwinia się wyłącznie rebeliantów, nie biorąc pod uwagę tego, że ponowne przyjęcie talibów do społeczeństwa budzi niepokój w wielu afgańskich środowiskach. Na północy kraju ich powrót postrzegany jest jako zagrożenie dla panującego porządku.

CZUJNY PANDŻSZIR

Kiedy po Afganistanie rozeszły się wieści o poszukiwaniu pokojowego rozwiązania konfliktu z talibami, w zdominowanym przez Tadżyków Pandższirze rozległy się protesty. Pakistański dziennik internetowy „Paktribune” przytoczył słowa 84-letniego mieszkańca Pandższiru, który oznajmił dziennikarzom, że jego wioska jest w pełni uzbrojona i gotowa do walki z talibami na śmierć i życie: „Wszyscy jesteśmy uzbrojeni i nie zamierzamy siedzieć cicho. Jeśli talibowie wrócą, będziemy z nimi walczyć!”. Z podobnymi nastrojami można spotkać się też w innych regionach północnego Afganistanu. Przypomnijmy, że Sojusz Północny reprezentował afgańskie mniejszości narodowe. One wciąż obawiają się powrotu talibów i ponownej pasztunizacji władzy. Po dekadzie obecności wojsk ISAF nie wiadomo, czy sojusz wciąż byłby tak zdeterminowany w walce z talibami, niemniej pewne jest, że do procesu rekoncyliacji podchodzi z dużą rezerwą.

Obawy przed powrotem talibów są tak duże, że od dwóch lat w niektórych regionach północy odbudowuje się i trzyma w pogotowiu lokalne bojówki. Nie wiadomo, jak silne są układy międzynarodowe, które niegdyś sojusz zawierał. Również Iran, Indie i Rosja z dystansem przyglądają się procesowi rekoncyliacji talibów.

Na obchodach rocznicy śmierci Ahmada Szaha Massuda nie było prezydenta Karzaja. Stała się ona zatem okazją do zamanifestowania poglądów przez polityków związanych z Sojuszem Północnym. „Zwycięstwo nad talibami zostało zmarnowane”, oznajmił Ahmad Wali Massud, twórca powołanej w hołdzie bratu Fundacji Massuda. Abdullah Abdullah, kontrkandydat Karzaja w ostatnich wyborach prezydenckich, a niegdyś zaufany współpracownik „Lwa Pandższiru”, oświadczył: „Wspieramy rekoncyliację, ale chcemy, żeby była przeprowadzana na jasnych zasadach. Chcemy pokoju, ale na godnych warunkach. Przecież za czasów reżimu talibów w Afganistanie też był spokój, tyle że taki, jaki panuje na cmentarzu. Czy tego właśnie chcemy?”. Wtórował mu inny były lider mudżahedinów Abdul Raf Rasul Sajjaf, dodając, że Afganistan wciąż jest kontrolowany przez zewnętrznych wrogów. Nie sprecyzował jednak, o które państwa chodzi.